Franciszek Lewikowski

Strykowice Górne | 36 km na wschód od Radomia
tekst Piotra Baczewskiego na podstawie tekstów, notatek i audycji Piotra Gana
Podwójne chrzciny w Strykowicach, pośrodku siedzi Franciszek Lewikowski skrzypek (chrzciny jego dzieci) | 1948 |
Strykowice Górne | Archiwum Muzyki Wiejskiej

Franciszek Lewikowski, skrzypek spod Zwolenia

Nasza rodzina była zawsze muzykalna. Mój stryjek od małego dziecka był bębnistą. Mój tatuś grał od 12 roku życia. Wrócił z pierwszego wesela, wódki wypił i spadł z wozu. Jak sobie dał słowo, że do grobowej deski nie weźmie kieliszka do ust, tak nie wziął. Czasami wlali mu po kryjomu piwa, ciemnego, bo jasnego nie pił. Wódki nie ruszał.

Będąc dzieckiem, gdy mój tata grał, wskakiwałem na łóżko, przykryłem się i słuchałem. Gdy zaczął „z pozycji” grać, tak cieniutko, to mnie się zaraz chciało płakać. Byłem rozczulony tą muzyką.

Kiedy zaczynałem grać, miałem 7 lat. Mój tatuś kupił mi takie skrzypeczki ¾ – „trzyćwierciowe”, takie nieduże. Dziesięć razy te skrzypeczki brałem do ręki i dziesięć razy je odwieszałem na ścianie. Co już mi się uprzykrzyło to poleciałem na świat, polatałem, pobrykałem i znowu łapałem za skrzypeczki.

Moi koledzy wiedzieli, że dobrze mi na nich wychodzi granie. Brali mnie na ręce – bo jestem inwalidą na nogę – i nosili mnie na rękach na zabawy. Na stół postawili stołeczek i tam mnie posadzili. Nagrałem, nagrałem. Zapłacili mi. Dali wina, czy soku jakiegoś. Miałem 7-8 lat. I to tak może trwało trzy-cztery lata aż poprosiłem tatę, by kupił mi większe skrzypce.

Mój tatuś ładnie grał, ale nie umiał wytłumaczyć jak którym palcem złapać, że każdy palec ma swój strój. Pokazywał tylko smyczkiem i palcami, ale nie wiedział jak wytłumaczyć. Ja miałem szkołę taką, Hoffmana [przyp. red. książkę do nauki gry na skrzypcach] zdaje się i ja z tej szkoły zacząłem czytać i przez jedną zimę opanowałem nuty.

Na początku bębniłem mojemu tatusiowi. Na bębnie z cykaczami takimi. W środku miał na krzyż takie dzwonki powieszone. Później, kiedy już miałem może 11 lat, to już zacząłem chodzić po weselach. Graliśmy na dwoje skrzypiec i bębenek. Tutaj we wsi był taki Franciszek Kopeć, na tych drugich skrzypcach pomagał tatusiowi. Czasami graliśmy z basami. Był taki jeden ze Zwolenia, Kielecki się nazywał. Okropnie ładnie grał na tych basach. Dobierał sobie względem muzyki palcami, ze zdawało się z graniem.

kapela Franciszka Lewikowskiego i Józefa Rogala - wyrywasy

Kiedy chodziłem grać z tatusiem do jakichś 14 lat, to ja prowadziłem drugie skrzypce, a tatuś pierwsze. Później, to ja zacząłem na swoją rękę z harmonistą grać. Z Marcem z Czarnolasu. Pomarł mi w 1942 roku. W wojnę.

Z Panem Mazurem z Policznej gram już 35 lat. Grywaliśmy w mieście, i w Zwoleniu, i w Radomiu, w Solcu i na wsiach. 60-80 wiosek ja tu ogrywałem z tymi muzykami. To spokojny, dobry chłopak jest. Bęben to mój brat stryjeczny. Zawsze go bierzemy ze sobą na wesele, bo ładnie umie śpiewać i umie kawały opowiadać na weselu. Pełną bekę śmiechu zawsze na weselu narobi i nam wesoło z nim”. Wcześniej zdarzało się, że bębniła mi siostra Rosalia.

Grałem chyba z dziesięcioma harmonistami. Z każdym umiałem zagrać, ale jak chciałem zagrać po swojemu to odkładali harmonie.

Muzykanci grają na weselu – Franciszek Lewikowski (skrzypce) i Tadeusz Mazur (harmonia)|1958 | Strykowice Górne | Archiwum Muzyki Wiejskiej

Muzyka nam szła! Jak przyjechaliśmy raz na wesele do Rudek, stał tam 90-letni dziadek, a myśmy taką światówkę pociągali. Stanął na środku drogi, laskę podniósł i krzyczy:

Stańcie panowie!

Stanęliśmy i pytamy:

Co Pan sobie życzy, panie starszy?

On na to:

A Panowie Skąd wy jesteście?

Jeden z Czarnolasu, a drugi spod Strykowic.

Panowie, wy jesteście z samego nieba! Mam 90 lat i jeszcze nie słyszałem takiej muzyki jak wy gracie! Echo okropnie ładne od niej idzie!

Kiedyś wesela się odbywały tak, że orkiestra jeździła z młodymi na ślub. Później młodzi poszli do kościoła, a muzyka szła do restauracji. Najprzód to młody stawiał szklankę swojej wódki i zagryzkę, a później dopiero każdy od siebie drinka kolejno orkiestrze i myśmy razem pili. Dopiero, jak popili, zaczęli się bawić na wesoło w tej restauracji i to jakoś trwało dwie-trzy-cztery godziny. Dopiero wszyscy ludzie posiadali na wozy. Śpiewano cały czas do samego wesela, kiedy później z tej restauracji jechało się do domu, gdzie był poczęstunek, to same śpiewki i wyrywasy grali.

Kapela Franciszka Lewikowskiego i Rozalia Pyciarz - Jedzie wesele od Baranowa

A jak przyjechali, to znowuż takie wyrywasy śpiewali i trzeba było je grać aż do samych oczepin. Jak się przyjechało, to może godzinę się pograło, a potem poczęstunek i znowuż – do samych oczepin grało się. Przy oczepinach też śpiewali młodemu, młodej, wesoło było. A później to już talerz był przykryty na stole – serwetką czy czymś – kto się czuł mocniej, to kładł na wierzch, a który słabiej, to tam pod tę serwetkę wsadzał pieniądze. Przyśpiewali, to my im przygrali i oni dalej szli. Na zakończenie to się zagrało marsza, jak młodzi wychodzili z tym, co zebrali na tym stoliku. I do rana odbywało się wesele.

Przed wojną za wesele dostawaliśmy metr żyta, 15-16 zł. Na trzech. Po wojnie już na trzy, cztery, czy nawet pięć. Po weselu często dawali nam wałówkę. Przed wojną to nie raz przyjechałem po weselu i cały tydzień na niej z żoną żyłem. Nie potrzebowałem niczego kupować. Miałem placek, wędlinę, kaszankę, wszystko tam było. Cały koszyk.

kapela Franciszka Lewikowskiego | Rozalia Pyciarz - wyrywasy

Kiedyś dowiedziałem się od swego tatusia o starodawnym takim muzyku, który jak przyjechał do karczmy, a tam zjechało parę wesel. Z początku popijali, jedli, a później się dopiero przegrywali. I to właśnie ten jeden, co mi tatuś opowiadał, nazywał się Ciupa, z Zamościa [przyp. red. gmina Grabów nad Pilicą]. Był to człowiek starszy, dobry skrzypek. Nie wiem, czy on swoją energiją tak grał, czy cóś miał koło siebie, bo on wszystkich muzyków zagrał. Jak wracał do domu z zabawy , czy z wesela, to brama potrafiła mu się samo otworzyć. Drzwi do mieszkania potrafiły mu się roztworzyć. Kiedyś pojechałem do niego, bo usłyszałem o takim dobrym muzyku, to przy mnie zaczęły mu same skrzypki brząkać na ścianie. Obejrzał się tylko i krzyknął: „Leż, leż tam spokojnie”, a potem poprosił bym mu zagrał. A ja mówię: „Panie starszy, ja bym Pana poprosił, by pan mi coś zagrał”. Jak mi zagrał śpiewkę, to aż mi się płakać chciało. Potem sam mu zagrałem. Miałem może 15-16 lat. Pogłaskał mnie ręką po głowie i powiedział: „Syneńku, ty to będziesz grał w swoim życiu chyba dobrze, bo masz ładny układ palcy”.

Był jeden taki znachor, taki doktór, który chciał mnie specjalów nauczyć do tej muzyki, jak bym się zdarzył z jakimiś muzykami. Powiedział mi, że trzeba było pójść do wisielca, włożyć kawałek kredy w jego usta i kłapnąć jego brodą, by tę kredę przetrącić na pół. Wyjąć jej polówkę z ust i zachować. Jakbym się zdarzył z gdzieś muzykami i napisał nią na ławce koło siebie kreskę jedną to jedna struna w skrzypcach pękała. Dwie – to dwie. Cztery – to cztery od razu. Nie chciałem się na to zgodzić, bo nie miałem odwagi, by pójść do wisielca. I tak pracuję z czystym sercem i czystym sumieniem już 60 lat.

Mój ojciec, jak miał 75 lat, jak miał jutro pomrzeć – to jeszcze, jak dzisiaj zagrał na skrzypkach – trzeba było dobrego młodego, żeby mu dał radę w tym graniu. Dziś to już jest co innego. Na 24 godziny, to można zagrać trzy-cztery oberki, a po większej części wolne kawałki się gra: tanga, foxtroty, szlafoksy [„slowfoxy” – red.], lec-kisy [od tekstu – „let’s kiss”– red.]. Dziś to już całkiem co innego. Muzyka [zespół – red.] ma lżej, bo nie potrzebuje się tak szybo uwijać – młodzież może tańczyć całe 24 godziny i nie czuje się zmordowana. A dawniej, jak poszedł na czwartą strunę, to szklanka wody by mu ustała na głowie. A dziś – to już wyjątek, żeby tak starodawnego oberka mógł tak zatańczyć, jak dawniej”.

Walce może 2-3 gram. Dawniej walca tańczyli w podobieństwie do oberka, tylko w wolnym tempie, w wolnym rytmie. Dzisiaj tańczą bardziej figurowo. Kiedyś tego nie było. Ojciec grał tylko obery i polki.

Ja już gram kilkadziesiąt lat, także przechodziłem i złe, i dobre – człowiek nieraz może przekroczył jednego za dużo, no to tak człowiek miał od ludzi przyjemności, może nieraz i nieprzyjemności, ale to wszystko trzeba było zgryźć. Bo muzyk musi zawsze mieć kaczy żołądek i nerwy zawsze na miejscu.

kapela Franciszka Lewikowskiego - światówka

Rozalia Pyciarz, siostra Franciszka Lewikowskiego

Jak byłam panienką to prosili mnie tu na wsi i chodziłam za druhnę. I za starszą, i za młodszą. Umiałam zawsze śpiewać. Miałam melodię niezgorszą. Śpiewałam na weselu za pięcioro-sześcioro. Jak który barabanista chciał sobie potańczyć, to umiałam czasami na bębnie zagrać. Gdy mój brat jechał na zabawę i nie miał barabanisty to wołał: „Rózia, jedź ze mną!”. Święty Boże nie pomoże. Trzeba było wsiadać i jechać. Czasami grałam też z synem mojej siostry. Już mężatką byłam. Mąż nieraz się gniewał. Jak usłyszę muzykę, to same nogi mi chodzą. Mam 65 lat, ale jak bym poszła w tego obera, czy polkę, to nie wiem czy ktoś by mi dokazał.

Rozalia Pyciarz i kapela Franciszka Lewikowskiego - Jajko

Tekst autorstwa Piotra Gana (syg. Arch. PME SP.G. 16/26 (129-130) – autorstwa Piotra Gana zredagował i opracował Piotr Baczewski i Monika Gigier. Tekst autorstwa Piotra Gana pochodzi ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.

Fotografie w tekście pochodzą z Archiwum Muzyki Wiejskiej prowadzonego przez fundację Muzyka Odnaleziona.

Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznanego Piotrowi Baczewskiemu.

Share This