Obębnianie, otrąbianie, trajkotanie i tarapacenie w Kielecczyźnie.

zbiór tekstów Piotra Gana z lat 1965-1966 zredagowanych przez Piotra Baczewskiego

Kielecczyzna gęsto usiana jest miejscowościami, które w przeszłości rządziły się magdeburskim prawem. Były one kiedyś miastami, miały burmistrzów, rajców, rzemieślników zrzeszonych w cechach. Niektóre nawet posiadały prawo miecza (łac. ius gladii – w średniowieczu prawo przyznane niektórym miastom i feudałom do sądzenia spraw zagrożonych karą śmierci i jej wykonywania).

W Kielecczyźnie takich miejscowości, które w przeszłych wiekach mianowały się miastami, można naliczyć grubo ponad sto. Niektóre do dziś zachowały „miejskie prawa”, ale w wielu tradycje z czasów ich miejskiej świetności żyją w pamięci ich mieszkańców. Czasem nawet po rozstaniu się ze wszystkim co miejskie w wielu osadach po dzień dzisiejszy podtrzymywane są zwyczaje mające więź z ich życiem w przeszłych wiekach.

Jeszcze w latach 40. XX w. w miejscowościach tych było podawanie do wiadomości wszelkich zarządzeń oraz obwieszczeń burmistrza lub wójta za pośrednictwem chodzącego po mieście funkcjonariusza administracji, który donośnym głosem czytając lub najczęściej cytując z pamięci obwieszczał na ulicach i rynku wszystko co mu w magistraci i gminie zlecili. Mieszczanie byli wygodni. Nie chcieli czytać rozlepionych ogłoszeń – byli zresztą od wieków przyzwyczajeni do tego, że taki głosiciel, stójka, woźny, czy tarapot, jeśli jest coś ważnego lub pilnego, przyjdzie na ich ulice, a może nawet pod dom i ogłosi „wszem wobec y komu o tem wiedzieć należy co rayce y burmistrz postanowić raczyli”.

Kiedy taki sposób obwieszczania pojawił się w Kielecczyźnie trudno dziś dociec, Może już w Solcu nad Wisłą, arcybiskupim grodzie, piotrowińską rozprawę (Piotrowin – bohater hagiograficznej legendy z XI wieku, zapisanej w Żywocie św. Stanisława Wincentego z Kielczy) tak obwieszczano. Może zawichojski kasztelan tatarów u przeprawy tak oznajmiał. Może dopiero starosta Krzysztof Bidziński w 1595 roku, kiedy miasto Gliniany „umyślić założyć i założyć raczył”, tym sposobem na wybory burmistrza mieszczan zwoływał (potem kandydatom rozbrykane ciele łapać kazał i tego który je złapał ojcem miasta „obwoływać przymusił”.

Dziś jeszcze w wielu miejscowościach Kielecczyzny ludzie dobrze pamiętają tych, którzy spełniali obowiązek głoszenia po mieście tego co mieszkańcy słuchali radzi i tego czego woleli by nie słyszeć.

Różnie był traktowany w Kielecczyźnie urząd głosiciela miejskiego. Czasami funkcję tą pełnił woźny magistracki lub gminny, czasami stróż nocny, a czasami człowiek nie mający poza głosicielstwem innego zajęcia. Tam gdzie robili to woźni, ogłoszenia dotyczyły wyłącznie spraw urzędowych i jeśli zdarzył się wypadek ogłoszenia prywatnej sprawy, treść ogłoszenia musiała być redagowana w magistracie lub gminie i stamtąd woźny otrzymywał polecenie podania jej do publicznej wiadomości. Honoraria za takie usługi woźni pobierali bezpośrednio od zainteresowanych. W niektórych miasteczkach głosiciele byli głównie na usługach mieszkańców. Ogłaszali za opłatą zagubienie krów, koni, owiec, podawali informacje o kradzieżach i ogłaszali sprzedaż nieruchomości. Przy tym ogłaszali również wszystko to co miejscowe władze administracji chciały podać do wiadomości obywateli tj. informacje o robotach szarwarkowych (szarwark od niem. Scharwerk – przymusowe świadczenie nakładane na ludność dawnych wsi i miast w postaci robót publicznych, głównie na rzecz budowy oraz naprawy dróg, mostów, wałów przeciwpowodziowych i urządzeń wodnych), pracach społecznych, chorobach bydła, zebraniach, zmianach terminów jarmarków i targów, sprzątania miasta i przygotowywaniach do świat państwowych.

Najczęściej ogłoszenia były podawane do publicznej wiadomości na rynku w dni targowe, a w niektórych miastach w dni świąteczne, kiedy ludzie wychodzili z kościoła po sumie. Z dawien dawna wśród głosicieli była wyznawana zasada:

Kiedy nie możesz mieszczan tuzina nazbierać, szanuj siebie i nima co gardła zdzierać.

Dlatego też, by zwrócić na siebie uwagę i zebrać wokół siebie ludzi głosiciele posługiwali się różnymi przyrządami i instrumentami. Najbardziej rozpowszechnione były tzw. trajkoty. Bardziej rozbudowaną formą trajkoty był przyrząd zwany tarapatą. Halas wywoływany tarapatą był tak donośny, że używano jej z powożeniem podczas przedstawień teatralnych w Malogoszczy, celem wywołania efektu dźwiękowego serii wystrzelonej z karabinu maszynowego.

W wielu miejscowościach oprócz trajkot i tarapt używano bębenków, w niektórych trabiono na rogach, a w innych dzwoniono w gongi (kawałki żelaza lub łuski po pociskach artyleryjskich zawieszone na sznurku). Często też głosiciele posługiwali się jedynie swoim donośnym głosem.

Czasy trajkotania, tarapacenia, odbębniania, wywoływań, czy głoszenia na rynkach i ulicach Kielecczyzny nie są odległe. Bardzo często zaniechanie takiego sposobu podawania ogłoszeń wiąże się z przejęciem administracji przez rady narodowe w latach 1950-1954.

tarapata | Przedbórz | 1966 rok | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3076

Przedbórz

W Przedborzu woźny Feliks Reczek, używając tarapaty z korbą, ogłaszał postanowienia magistrackie do 1939 roku. Do jego obowiązku należało także zapalanie ulicznych latarni. Informował o przejściowych zmianach terminu dni targowych, zebraniach, zbiórkach na cele charytatywne i nakazie wywieszania flag w święta państwowe. Uprzedzał tez o konieczności szczepienia zwierząt i możliwych wylewach Pilicy na wiosnę. Każde ogłoszenie musiało być obwieszczane trzykrotnie na rynku i raz na każdej ulicy i skrzyżowaniu.

Ożarów

W Ożarowie woźny Wincenty Malik ogłaszał w dni targowe, a w co drugi dzień roznosił pisma po wsiach. Ponieważ był analfabetą, pisma do Wyszmontowa w czapkę  trzymał między trzecim, a czwartym palcem lewej ręki. Do Stróży między czwartym, a piątym. Nigdy ich nie pomylił. W dni targowe, wszyscy kramarze obdarowywali Malika bułkami i wędlinami – w zamian za głoszenie ogłoszeń, sprzątanie targu i inne drobne usługi. Przed głoszeniem bił w bębenek obciągnięty skórą psa, którą dostał od miejscowego rakarza. Po nim głoszeniem zajmował się woźny Kaczkowski (do 1950 roku).

Radoszyce

Tarapacił na zebrania w Radoszycach Michał Laskowski (do 1939 roku) i może pełniłby tę funkcję dalej, gdyby nie to, że piękną tarapatę strawił ogień podczas działań wojennych.

Nowy Korczyn

W Nowym Korczynie woźny gromadzkiej rady narodowej, Józef Misiewicz „po dawnemu” chodzi z bębnem (od 1962 roku). „obębnia” i ogłasza na każdej ulicy raz i dwukrotnie na rynku. Czyta sylabizując, a mimo to stara się zachować uroczysty i urzędowy ton swojego głosu.„Tak ogłaszali od starodawnych czasów, bez przerwy.” – mówi i twierdzi, że „w Nowym Korczynie nawet gdyby po cztery ogłoszenia każdemu obywatelowi na jego własnym domu przykleić, to i tak nie będzie ich czytać, bo wszyscy mieszkańcy przyzwyczajeni są do obębniania miasta z ogłoszeniami”.Poprzednikiem Misiewicza był Józef Chojnacki.

Raków

W podobny sposób ogłasza też nocny stróż w Rakowie. Jest on na usługach gromadzkiej rady narodowej, ale tez ogłasza wszystko co mu mieszkańcy Rakowa zlecą.

Wierzbica

W Wierzbicy, woźny gminy Antoni Kopycki po niedzielnej sumie, kiedy ludzie szli z kościoła, wychodził na przeciw nim i nawoływał: „Mości Panowie schodźta się! Mości Panowie słuchajta!”

Kiedy zebrał się tłum, ogłaszał porządkowe i administracyjne zarządzenia wójta i gminy. Ogłoszenia mówił z pamięci nadając im specyficzną formę: „Podaje się do publicznej wiadomości mieszczan Wierzbicy…”

Taki był początek każdego ogłoszenia, zarówno prywatnego jak i urzędowego. Kopycki za drobną opłatą świadczył usługi mieszkańcom Wierzbicy głosząc ogłoszenia o zgubach, sprzedaży budynków, ziemi, koni i różnorakiego dobytku. Funkcję tą pełnił do wybuchu wojny w 1939 roku.

Połaniec

W Połańcu ostatnim woźnym gminnym był Czesław Brzostowicz. Chodził on z trajkota wyłącznie w dni targowe. Ostatnim ogłoszeniem Brzostowicza było zwołanie mieszkańców Połańca w 1941 przed urzędem gminy na polecenie władz okupacyjnych. Zebrano wówczas wszystkich mężczyzn od 15 do 60 lat. Potem około 100 z nich wywieziono do Niemiec na roboty.

Wyśmierzyce

W Wyśmierzycach polecenia magistratu ogłaszał Stefan Mędra (do 1944 roku). Robił to tak donośnym głosem, że „go ludzie na polach odległych o trzy kilometry słyszeli”. Potem go Niemcy zabili w lesie pod Wólką – bo będąc nerwowo chorym odgrażał się, w przypływie szału, ze spali Wyśmierzyce.

trajkota i Kazimierz Głodek | Szydłów | 1965 rok | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3077

Szydłów

Do 1950 roku był zwyczaj ogłaszania administracyjnych i porządkowych ogłoszeń Urzędu Gminy oraz zebrań gromadzkich przez woźnego-stróża. Chcąc podać do publicznej wiadomości zarządzenie, musiał czekać przed kościołem do końca sumy. Kiedy ludzie wychodzili z kościoła, trzaskiem trajkoty dawał im znać, ze będzie urzędowe obwieszczenie. Zwyczaj ten istniał w Szydłowie od niepamiętnych czasów. Ostatnim tamtejszym woźnym-stróżem był Kazimierz Głodek. Jego ostatnie trajkotanie odnosiło się do obowiązkowego szczepienia dzieci.

Żarnów

Kiedy w Żarnowie Maurycy Grandys przyjął na siebie głosicielskie obowiązki, nie było już tam magistratu, lecz wójt tą „niby wsią” rządził. Żarnowianie mimo to jeszcze długo wójta burmistrzem nazywali. Nie było już też w Żarnowie trajkoty, ani bębna. Musiał więc Grandys tylko głosem i żartami zainteresować ludzi swoją osobą. Stawał wówczas na studni w rynku i zanim przystąpił do urzędowych ogłoszeń, długo kusił dowcipami. Przed wojną, kiedy Grandys jeszcze nie był woźnym, a tylko głosicielem, niejednokrotnie miewał pretensje do wójta – nie raz bez przyczyny, po prostu lubił w ten sposób podkreślać swój opozycyjny stosunek do międzywojennej administracji. Pewnego dnia ogłosił zarazę pryszczyzcy w następujący sposób: „Panowie obywatele, bydło. Zdycha Pan burmistrz. Zakazuje z niego mięso jeść.” Grandys zajmował się także pisaniem wierszowanych kronik Żarnowa i okolicy. Opisywał w nich wiele wydarzeń np. zalanie przez wody Wąglanki dzielnicy Mierziona, czy pożar w Topolicach. Napisał tez wiersz o miejscowej Lidze Kobiet. Grandys swe głosicielskie obowiązki zakończył w 1950 roku.

Gowarczów

W Gowarczowie od 1913 do 1936 roku Jan Lisiewicz nosił ze sobą stołek, żeby wyżej stawać podczas głoszenia. Miał piękny i donośny głos. Głosił tylko jeden raz i cały Gowarczów go słyszał, taki miał donośny głos.

Odrzywół

W Odrzywole (do 1953 roku) Antoni Podgórski, funkcjonariusz istniejącej tam „gospodarki osadzkiej” przed głoszeniem stawał na furmace i bił w kawałek żelaza.

Daleszyce

Ostatnim Woźnym, który głosił w Daleszycach był Mikołaj Mochocki. W niedzielę i święta stawał przy Domu Ludowym i wołał do powracających z sumy ludzi: „Mości Panowie schodzajta się. Mości mieszczanie schodzajta się.”

Powtarzał to wielokrotnie, a potem, gdy zebrała się przy nim większa grupa ludzi, donośnym głosem i uroczystym tonem ogłaszał to co mu w gminie kazano. Od siebie w pewnym okresie radośnie dodawał, że trawa na łąkach już dojrzała i żeby mości mieszczanie nie wyganiali na łąki krów, owiec oraz gęsi. Mochocki był Woźnym w gminie również w okresie międzywojennym. Wówczas do jego obowiązków należało pilnowanie gminnego aresztu i odprowadzanie aresztantów do Kielc. Miał on taki zwyczaj, że przed wyjściem do Kielc, aresztowanych przywiązywał do siebie łańcuchem. Ponieważ łańcuch nie był przystosowany do tego celu, aresztowani z łatwością wyswobadzali się z niego i szli dobrowolnie za Mochockim dźwigającym łańcuch. Raz tylko, w okolicy Kranowa, zdarzył się wypadek, że wiezień mu uciekł. Mochowski ciężko to przeżył. Cały dzień płacząc siedział w przydrożnym rowie.

Działoszyce

Magistraccy woźni w Działoszycach przed publicznym czytaniem obwieszczeń magistratu w dnie targowe (środa) trąbili na rogu pocztowym. Do 1946 roku funkcję tą pełnił Bolesław Pawęzowski – po nim był Jan Nowacki. Kiedy szedł na rynek z trąbą, mieszkańcy Działoszyc mówili: „Dumiu idzie z trąbą, będzie coś nowego.” Po czym tłumnie zbierali się wokół niego.

Ten sposób obwieszczania postanowień magistrackich przetrwał w Działoszycach do 1957 roku. Potem ostatni herold miasta Działoszyce powiesił się. Następnie posadę woźnego powierzono kobiecie, a jej nie wypadało chodzić z trąbą, a głos miała słaby…

Jastrząb k. Szydłowca

W okresie międzywojennym istniał zwyczaj ogłaszania zebrań i zarządzeń porządkowych przez sołtysa lub podsołtysa, którzy chodzili po osiedlu z kołatką składającej się z pudła rezonansowego w które biły dwa młoteczki. Ten sposób ogłaszania zarządzeń przetrwał do 1929 roku. Ostatnim sołtysem, który chodził po ulicach Jastrzębia z kołatką był Albin Warkiewicz.

Małogoszcz

Bardzo poważnie traktowano ogłoszenia zarządzeń magistratu, potem gminy, a wreszcie gromadzkiej rady narodowej w Małogoszczu. Wykonawcami tej czynności byli ostatnio Antoni Pakarzewski, Stanisław Muszyński oraz Józef Stańczyk. Ogłaszano tam wówczas, kiedy zachodziła potrzeba. Nie czekano z ogłoszeniami dni targowych ani też niedzieli czy świąt. Małogoszczanie z tym sposobem rządzenia miastem byli zżyci, a kiedy na wniosek powiatu w 1952 roku zakazano tarapacenia (motywując decyzję tym, że jest to stary przesąd), pytali zdziwieni: „Dlaczego przestali tarapacić? To było takie wygodne.” Większość małogoszczan jeszcze do niedawna uważała, że używanie tarapaty i głoszenie po mieście jest znacznie lepsze, niż wywieszanie obwieszczeń na słupach. Tarapatę w gromadzkiej radzie narodowej przechowywano jeszcze do 1960 roku – od niej powstało tu właśnie określenie tarapacić.

Klimontów

W Klimontowie w dni targowe (wtorek) woźny gminny Wincenty Kędzierski, przezywany stójką, ogłaszał tzw. wywołania prywatnych osób o zgubach, kradzieżach, sprzedaży gospodarstw i budynków. Wszystkie tego rodzaju wywołania mogły być głoszone wyłącznie na polecenie wójta. Wincenty Kędzierski nie posługiwał się żadnym instrumentem. Dla zwrócenia na siebie uwagi stawał na furmance. Każde wywołanie powtarzał podczas dnia targowego trzykrotnie. Ten sposób powiadamiania mieszkańców ustał po wybuchu wojny w 1939 roku.

Górna Wola

We wsi Górna Wola, podczas okupacji, dla sprawniejszego organizowania zebrań gromadzkich, wprowadzenie trąbienie na trąbce, którym zajmuje się sołtys. Ogłoszenia o zebraniach przekazywane są od zagrody do zagrody za pośrednictwem kartki, którą pierwszemu z gospodarzy daje sołtys. Obowiązkiem tego gospodarza jest zanieść ją sąsiadowi. I tak już do końca wsi. Potem kiedy ma się już rozpocząć zebranie, sołtys staje przed wyznaczonym budynkiem i trąbi na „leśnym” rogu – jest to sygnał dla mieszkańców, ze czas już się schodzić.

Zawichost

W Zawichoście głosicielskie czynności od kilku pokoleń wykonywała rodzina Kmitów. Ostatnim głosicielem przezywanym „stójka” lub „tarapot” był Piotr Kmita. Było to w końcu lat 20. XX w. Podczas pełnienia swoich obowiązków, Kmita pomagał sobie biciem w bęben, a kiedy „w bębnie dziura się zrobiła” to przejściowo wracał do dawnego głosicielskiego instrumentu, czyli tarapaty. Przed każdym obwieszczeniem wygłaszał formułkę: „Panowie obywatelowie schodźta się, będą ważne wiadomości podawane”.

Pierzchnica

W Pierzchnicy zarząd gminy od 1932 roku administracyjne i porządkowe ogłoszenia podawał do wiadomości mieszkańców w następujący sposób. We wszystkich czterech rogach pierzchnickiego rynku z dawnych lat były zawieszone gongi (kawałki grubego żelaza). Kiedy woźnemu w gminie polecono zwołać zebranie, ten chodził od gongu do gongu i po kilkukrotnym zadzwonieniu w każdym z rogów ogłaszał zgromadzonym zawiadomienia. Ostatnim woźnym w Pierzchnicy, któremu powierzono tę czynność był Jan Kuzia.

Po 1932 roku, kiedy z Pierzchnicy zniknęły gongi (związane to było z wywalaniem starych płotów w rynku na skutek zarządzenia Sławoja Składkowskiego), wprowadzono podawanie do wiadomości mieszkańców różnych urzędowych obwieszczeń kurendą – sołtys zanosił kartki na każdą ulice, a potem przenoszono je od sąsiada do sąsiada. Taki stan trwał do 1945 roku, kiedy przywrócono znów ustne obwieszczenie różnych zawiadomień na rynku i na ulicach. Ponieważ w mieście nie było już gongów, zarząd gminy wprowadził obębnianie obwieszczeń (wzorem sąsiedniego Chmielnika).

Do 1949 roku bębnił i ogłaszał Julian Olszewski. Potem uznano, że utrzymywanie bębna w ciągłej sprawności naraża gminę na koszta i postanowiono przywrócić dawne dzwonienie, a zamiast zawieszonych gongów zaczęto używać łuski artyleryjskiego pocisku. Chodzili z nią i ogłaszali Stanisław Leszczyński (urodzony w 1903 roku) i Tadeusz Górski. O konieczności i treści obwieszczeń powiadamia ich sołtys, a oni już sami redagują formę obwieszczeń i  mówią je z pamięci.

Stanisław Leszczyński | głoszenie w Pierzchnicy

Kazimierza Wielka

W Kazimierzy Wielkiej, kiedy był tam tylko urząd gminy, stróż Władysław Rowiński, pomagał woźnym chodząc z bębnem i ogłaszając polecenia wójta. Dziś ten Rowiński twierdzi, że „bęben na Kazimierzę to było za głucho”. W 1950 roku, kiedy powstała tam gromadzka rada narodowa, miał on już tubę. „To było za cicho, coś innego żeby wymyślić” – mawiał. W 1956 roku Kazimierza wielka stała się miastem z siedzibą powiatu i Rowiński był już wówczas woźnym. Kupiono mu wtedy alarmową syrenę z korbą, której używa do dnia dzisiejszego.

Wodzisław

Najstarszym ze znanych głosicieli w Wodzisławiu był Wyżycki. Jego następcą został Piotr Kalinowski. Wszystkie informacyjne oracje poprzedzał biciem w bęben. Wolno mu tez było przyjmować opłaty za prywatne ogłoszenia, ale tylko za aprobata wójta. W ciągu siedemnastu lat swojej głosicielskiej pracy, Kalinowski tylko raz ogłosił wiadomość bez porozumienia z wójtem. Było to nie tylko jego ostatnie obwieszczenie, ale i ostatnia wiadomość jaką w Wodzisławiu podawał głosiciel. Tego ranka Kalinowski, wcześniej niż zazwyczaj, wyszedł z bębnem na miasto, stanął na schodach restauracji Trąbczyńskiego i bijać w bęben przywołał do siebie gromadę wodzisławian. Było to 1 września 1939 roku. Potem już do tego nie wrócono.

Koszyce

Zarząd gminy w Koszycach przy ogłaszaniu swoich zarządzeń korzystał z usług stróża nocnego Piotra Bałuta, nazywanego przez Koszyczan „Doboszek”, ponieważ posługiwał się bębenkiem i bił w niego dwiema pałkami. Zwyczaj ten utrzymał się tam do 1952 roku.

Szczekociny

Magistrat Szczekocin do 1947 roku swoje zarządzenia porządkowe i administracyjne podawał do wiadomości mieszkańców miasta za pośrednictwem stróża Stanisława Jonczyka, który chodził po mieście z tarapatą. Ogłaszanie spraw osób prywatnych w Szczekocinach nie miało miejsca. Stanisław Jonczyk miał swoje zasady. Nigdy nie głosił w określonym miejscu. Chodził, kręcąc tarapatą, tak długo aż zeszło się wokół niego przynajmniej 10 osób. Wówczas zatrzymywał się i obwieszczał. Podobno stary zwyczaj stróży nakazywał zatrzymywać się i głosić dopiero wtedy, kiedy jest do kogo. Jonczyk był analfabetą i ogłaszał z pamięci. Często ubarwiał lub skracał treść obwieszczenia. Znany jest fakt, ze w 1947 roku chcąc ogłosić konieczność udekorowania miasta w flagi na rocznicę Rewolucji październikowej, podał to zalecenie w lakonicznej formie:”Jutro regolucja! Wywiesić flagi!” Podobno właśnie to ogłoszenie stało się powodem zaniechania tej formy podawania zarządzeń.

Tekst powstał w oparciu o fotografie archiwalne oraz teksty autorstwa Piotra Gana – syg. Arch. PME SP. G. 18/1-21 (1-44) które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fotografie zostały zdigitalizowane przez Bibliotekę Narodową w Warszawie. Tekst autorstwa Piotra Gana opracował i zredagował Piotr Baczewski.

Share This