Jak choroby dawniej wyganiano

Łączna | 21 km na północny wschód od Kielc
tekst autorstwa Piotra Gana | 1960 roku
ilustracja autorstwa Mariana Gostyńskiego | syg. Arch. PME Sp.G. 12/3 (18)

W centralnej części Kielecczyzny jeszcze przed pół wiekiem w wierzeniach ludowych pojmowano choroby jako istoty żywe, a jeśli idzie o epidemie to najczęściej ujmowano je w postaci antropomorficznej. Często też przypisywano przenoszenie chorób przechodzącym przez wieś nieznanym podróżnym, którym udzielono noclegu, wędrownym rzemieślnikom – druciarzom, powroźnikom, fryzjerom, krawcom, także Cyganom. Ludność wiejska w owym czasie pojedyncze przypadki zachorowań lub epidemie zabobonnie wyjaśniała poprzedzającymi je wydarzeniami. Niejednokrotnie tłumaczono sobie i wymawiano, że „gdyby nie przenocowywano we wsi tego czy innego wędrowca, to nie miałby on możliwości zostawienia choroby we wsi”. Natomiast, jeśli nie dopuszczono do przenocowania we wsi Obcego i ktoś potem zachorował, tłumaczono sobie, że „urok” na mieszkańców wsi został rzucony przez zemstę za brak gościnności. Zazwyczaj potem wiele zabobonnych kobiet „doskonale sobie przypominało, jaki on miał <<nieludzki pogląd>> (złe spojrzenie)”. Często również przyniesienie chorób przypisywano zjawiskom przyrody, jak gwałtowne i silne burze, zaćmienia słońca lub księżyca itp. Zasadniczo, na podstawie tych zjawisk przepowiadano różne nieszczęścia jak nieurodzaj czy pomór bydła, ale bardzo często uważano, że i epidemie przenoszone są w ten sposób.

Przyczyny chorób tłumaczono najczęściej jako kary sił nadprzyrodzonych za uchybienia i niedopełnienie przyjętych przez tradycję obrzędów i zabobonów podczas chrzcin, wesel i pogrzebów.

Przed I wojną światową (przypuszczalnie w latach 1909-1911) w Łącznej i okolicznych wsiach panowała epidemia tyfusu plamistego. O sile jej świadczy fakt, że w ciągu jednego dnia odbywało się nieraz po dwa-trzy pogrzeby. W kazdym zomu było po kilka chorych, w niektórych chorowali wszyscy domownicy.

Pomocy lekarskiej właściwie nie było żadnej – chłopi radzili sobie sami, jak mogli, uciekajac się niejednokrotnie do dawnych praktyk magicznych i czarów.

W jednym z domów, w którym chorowała cała rodzina i, gdzie do dnia dzisiejszego są ślady magicznego wypędzania choroby, obecni mieszkańcy opowiadają w jaki sposób wytłumaczono sobie przyjście epidemii (choroby) w te okolice.

Ówczesny gospodarz tego domu pewnego jesiennego wieczoru powrócił z lasu do domu, gdzie zastał kilku sąsiadów, z którymi po zjedzeniu kolacji rozpoczął pogawędkę. Po pewnym czasie, w trakcie rozmowy, na dworze pod drzwiami posłyszano płacz dziecka. Początkowo wszyscy obecni w izbie przypuszczali, że to przywidzenie i nie zwracali na to uwagi. Płacz jednak nie ustawał i stawał się coraz wyraźniejszy. Wówczas zaintrygowany gospodarz wstał, otworzył drzwi do sieni, a następnie, nie zamykając ich, odsunął zasuwę i otworzył drzwi na dwór. Wyszedł, obejrzał całe podwórko i, nie widząc nikogo, wrócił do izby. Płacz dziecka po powrocie gospodarza do domu więcej się nie powtórzył. Obecni uznali to zdarzenie za niesamowite, przypisując je siłom nieczystym.

Kiedy po kilku dniach wiele osób w Łącznej zaczęło chorować, zgodnie stwierdzono, że w ten właśnie wieczór gospodarz „wpuścił chorobę”, która płaczem dziecka wprosiła się do izby. Jako potwierdzenie tych przypuszczeń uznano fakt, że po kilku tygodniach gospodarz, pod którego domem słyszano płacz dziecka, i cała jego rodzina zachorowali. Moment ten uznano jako najbardziej odpowiedni dla wypędzenia choroby przy pomocy oduroczających praktyk magicznych.

W domu tym zjawił się nikomu bliżej nieznany starszy człowiek, prawdopodobnie „owczarz” z „uzbrojonym w strzelbę” gajowym. Wszedł on na „górę” (strych), wywiercił świdrem w powale dziurę na wylot, następnie wrócił do izby,ułożył pod wywierconą dziurą przyniesione ze sobą suche ziele i, szepcząc niezrozumiałe przez nikogo z obecnych formułki zamawiania, odciął każdemu z chorych trochę włosów. Potem, podpaliwszy ziele, przy wtórze magicznych słów, wrzucał włosy w ogień. Kiedy dym zaczął się unosić, kazał on gajowemu strzelać we wszystkie cztery rogi izby, by wystraszyć chorobę i, by wraz z dymem wyszła ona z tego domu przez wywierconą dziurę.

Dom, w którym odbywały się te praktyki, stoi w Łącznej do dziś. Jest w nim również i ta dziura w powale, którą „choroba wyszła wraz z dymem”.

Opracowano wg informacji uzyskanych od Wawrzyńca Korusa (ur. 1886) oraz Józefa Korusa (ur. 1886) z Czerwonych Górek. Oglądałem dziurę wywierconą w domu Wawrzyńca Korusa o średnicy 4-5 cm wywierconą w powale koło beli.

Tekst powstał na postawie artykułu PiotraGana – syg. Arch. PME SP. G. 12/3 (14-18) zredagowanego przez Monikę Gigier. Tekst i fotografie autorstwa Piotra Gana pochodzą ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fotografia została zdigitalizowana przez Bibliotekę Narodową w Warszawie.

Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznanego Piotrowi Baczewskiemu.

Share This