Kazimierz Zdrzalik

Strykowice Górne | 36 km na wschód od Radomia
tekst Macieja Szajkowskiego z 1997 roku
Muzykanci podczas pochodu z okazji święta 1 maja w Zwoleniu, Kazimierz Zdrzalik gra na skrzypcach | 1979 | Archiwum Muzyki Wiejskiej

Mistrz Kazimierz Zdrzalik wspomina:

Urodziłem się 1 października 1924 roku w Opactwie, gmina Sieciechów, powiat Kozienice. Jak u nas kogut zapiał to było w trzech województwach słychać, bo Opactwo leżało nad samą Wisłą. Do szkoły poszedłem do Strykowic. Stąd pochodzili ojciec i matka. Ojciec był piłsudczykiem. Za służbę w legionach dostał krzyż Virtuti Militari i ziemi 12 morgów w Opactwie. Tam się z matką przenieśli, a mnie na czas szkoły dali do Strykowic, gdzie zamieszkałem u dziadków. Wtedy też rozpocząłem naukę muzyki. W piątej klasie, kiedy miałem 12 lat, zagrałem na weselu. To było na Powiślu u sąsiada. Postawili krzesło na stół, mnie na stole, bębnista stanął obok i cale wesele żeśmy ograli.

W Zwoleniu w szkole powszechnej nauczyłem się grac i czytać nuty. Przed wojna prawie każdy nauczyciel wychowania muzycznego umiał grać na skrzypcach i to dobrze. W Strykowicach był taki Pan Lesisz, który prowadził matematykę, język polski i pięknie grał na skrzypcach. Śpiewu uczył nas Franciszek Markiewicz. Gamy, żeby się ich nauczyć, to spisywałem sobie na paluchach. Co chwila na nie zerkałem i już umiałem.

Raz w szóstej klasie zostaliśmy z kolegami po lekcjach w sali, gdzie były różne instrumenty i skrzypce prof. Markiewicza. Namówiliśmy się, by razem pograć. I rżnęliśmy kujawiaki, oberki i polki. Wreszcie słyszę: „Markiewicz idzie!” Raz, raz pochowaliśmy wszystko, a Markiewicz pyta: „Kto grał?” Przyznaliśmy się. Markiewicz na to: „Proszę zagrać.” Słuchał, słuchał i mówił: „Nic Wam nie zrobię, bo pięknie gracie, ale bez pytania nie bierzcie instrumentów”.

Uczył nas wtedy muzykowania taki stary żyd z Krakowa Adach Kachro, którego nazywaliśmy „Simsia”. I tańce, i krakowiaki nawet żeśmy wycinali tak samo jak on. Później na zabawy zapraszali nas częściej niż jego.

Do wujowego lasu raz przyjechali cyganie na 18 wozów. Wyprawiać mieli wesele i szukali muzykanta, który by znał czardasze ichnie, ale tez walczyki, tanga i fokstroty. Mój wuj, też muzykant, jak to starodawni ludzie wierzył w przesądy i bał się by go Cygany nie oczarowały. Mówi do nich: „Mój młody kuzyn też ładnie gra, to ja mu skrzypiec dam i niech idzie.” I poszedłem z moim drugim kuzynem, Stanisławem Lewikowskim, bębnistą. Jakeśmy zagrali to nas puścić nie chcieli – tak się podobało. Jak za dwa wesela zarobiliśmy. Kiedy zwykle dostawali po 15-18 zł., myśmy dostali 30 zł. na głowę. Przed wojną można było za takie pieniądze spokojnie miesiąc przeżyć. Na weselach płacili muzykantom jak za zboże.

Po wojnie Kazimierz Zdrzalik podjął prace w Dęblinie. Nie zaprzestawał muzykowania, grając wespół z najlepszymi harmonistami w regionie. 5 października 1947 roku ożenił się z Janiną – panną z rodzinnej wsi. Są szczęśliwym małżeństwem od przeszło 50 lat.

W 1957 roku Kazimierz Zdrzalik zaprzestał muzykowania i za namowa brata podjął prace remontowo-budowlane dla wojska. Po 20 latach, w 1978 roku powrócił do dawnej pasji. Dwa lata przy Domu Kultury zawiązał się Obrzędowy Zespół Śpiewaczy Koła Gospodyń Wiejskich w którym od początku aktywnie udzielała się rodzina Zdrzalików.

Kiedyś graliśmy w Garbarce na weselu u rzeźnika. Wszyscy poszli do kościoła, a kapela została.Myśmy mieli powiedziane od pana młodego, żeby jak kto przyjdzie z gości co by go zaprosić i czymś poczęstować. Przychodzi naraz taki kolejarz, mądrala. Usiadł i zaczyna udawać cwaniaka. Naleliśmy mu wódki w szklankę „literatkę” i sobie odrobinę. Wypił i prosi o następna bez zakąski. Mówię mu: „Niech Pan zakąsi, bo się Pan przed weselem upijesz”. On na to: „Ja się w życiu nie upiję”. Wstał, odbił się od ściany do ściany i uwalił pod wozem z koniem. „A leż sobie” – mówimy. Za jakiś czas wszyscy goście wrócili, a pan młody pyta o kolejarza. „A leży tam pod koniem” – pokazujemy. Patrzymy, a wtem koń na niego napaskudził. Tak to się skończyło jak kolejarz chciał się sprawdzać z muzykantami. „Ależ żeś go Kazik urządził” – śmiali się goście. „Ja go nie urządziłem, tylko nie chciał przekąsić” – mówię.

Kazimierz Zdrzalik jest laureatem najbardziej prestiżowych nagród i wyróżnień. W swojej muzyce łączy wiele różnych stylów. Słuchacze często zachwycają się techniką Zdrzalika, którą cechuje finezja i pomysłowość. Gra bez ognistych emocji i przydługich zawodzeń. Jego muzyka potrafi koić i uspakajać, o czym niejednokrotnie przekonał słuchaczy podczas hucznych zabaw, gdzie za pomocą smyczka i skrzypiec łagodził temperamenty co bardziej rozochoconych gości.

Zdarzało się, ze proszono, aby grał chorym, muzykę traktowano bowiem kiedyś jako medykament, który na pewno pocieszy, a może i uzdrowi.

Muzyka jest odzwierciedleniem duszy. Jeśli się jest niespokojnym duchem, muzyka jest niespokojna. Dlatego muzyk musi najpierw odnaleźć spokój wewnętrzny, wytchnienie. Wtedy przyjdzie natchnienie” – mówi Zdarzalik.

Oprócz muzykowania Kazimierz Zdrzalik kocha także zbieranie instrumentów. W swojej kolekcji posiada trzyrzędowa harmonię polską z 1920 roku oraz wiele egzemplarzy starych skrzypiec. Potrafi także odnawiać i wykonywać instrumenty. Jego domeną są bębenki i barabany z talerzem i trójkątem. Jest człowiekiem niezwykle ciepłym i serdecznym, dlatego w domu państwa Zdrzalików w Strykowicach Górnych goszczą często ludzie z odległych miast – Poszukiwacze Tradycji Ojców.

Tekst autorstwa Macieja Szajkowskiego (Kapela ze Wsi Warszawa, R.U.T.A. i Lelek).

Fotografia z pochodu majowego w tekście pochodzi z Archiwum Muzyki Wiejskiej prowadzonego przez fundację Muzyka Odnaleziona.

Share This