Kobiety, harmonie pedałowe i oberki

Radom
wywiad z Katarzyną Zedel przeprowadziła Diana Szawłowska w 2018 roku
zabawa w Wirze – Katarzyna Zedel (skrzypce), Wiesława Gromadzka (harmonia trzyrzędowa) i Mateusz Nieiński (bęben obręczowy) | 2016 rok | fot. Piotr Baczewski

Rodzinna kapela

Z Wiesławą Gromadzką mam zaszczyt muzykować od dobrych paru lat. Wcześniej tworzyła słynną kapele Kołazińskich ze swoim tatusiem, który był wirtuozem skrzypiec. On był szefem kapeli. Kiedy zmarł, to Wiesia miała moment przerwy, kiedy grana przez nich muzyka  przestała być modna i przestali być proszeni na imprezy lokalne. Zajęła się wtedy innymi rzeczami.

Zawsze podkreśla, że powrót do muzykowania zawdzięcza Andrzejowi Bieńkowskiemu, który w latach ‘90 przyjeżdżał i usilnie ją do grania namawiał. Dla Andrzeja zawsze był ważny temat kobiet muzykantek. Chciał też spotkać Wiesię z panią Zofią Korczyńską, która była skrzypaczki. Zanim do tego doszło, pani Zofia straciła dwa palce pod piłą i musiała odłożyć skrzypce na zawsze.

Kazimierz Dolny – kapela ze Zdunkowa w składzie: Stefan Kołaziński (skrzypce), Wiesława Gromadzka (harmonia pedałowa), Jerzy Socha (baraban)
1971 rok | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3265/13

Później pojawiłam się ja. Pierwszym pretekstem do zagrania z Wiesią był przegląd w Przysusze. Wcześniej spotkaliśmy się na Wszystkich Mazurkach Świata, gdzie zafascynowałam się harmonią pedałową. Wiesia prowadziła warsztaty i wtedy nauczyłam się grać prostego walczyka, którego zresztą gram do dzisiaj.

Córka pani Wiesi gra trochę na akordeonie i razem czasem przygrywały na różnych zabawach. Dzięki mojej pomocy, udało się zachęcić do gry na skrzypcach wnuczkę Pani Wiesi.

Pamiętam moment, kiedy byłyśmy u córki Wiesi. Wnuczka podeszła i powiedziała: “Kasia, Kasia, chodź pokaże ci skrzypce dziadka”. To było 4 lata po jego śmierci i dopiero pozwolili, żeby ktoś na nich zagrał. To wtedy właśnie wnuczka powiedziała, że będzie grać.

Teraz prowadzą coś w rodzaju domowej szkoły. Babcia uczy, córka przygrywa, a wnuczka się uczy.

Kiedy wnuczka grała już dobrze, to grałyśmy na dwoje skrzypiec. Czasem gra nawet sama, a ja wtedy przechodzę na bęben. Najcenniejsze jest to, że mamy taką radość przy graniu, że nas to tak cieszy. Wiesia często opowiadała o swoim tatusiu, że on tak bardzo lubił ludzi, bo z młodymi ludźmi człowiek czuje się młodo. Myślę, że Wiesia też tak ma.

Dni Kolbergowskie w Przysusze – Wiesława Gromadzka z uczennicami: wnuczka i Katarzyną Zedel
2016 rok | fot. Piotr Baczewski

Ona ma swój styl, który porywa ludzi do tańca

Najbardziej oczywiście lubię grać z Wiesią na zabawach do tańca. Kiedy nie mamy ograniczenia czasowego i nie trzeba się spieszyć. Na Wiesię działa scena. To nie jest strach, bo ona oczywiście jest pewna tego co chce zagrać. Jak się umawiamy na jakieś melodie to nigdy ich nie zmienia, ale zawsze jednak ta emocja jest. Lubimy w swobodnych sytuacjach muzykować, np. przy ognisku.

To jest ciekawe, że temu jej muzykowaniu towarzyszy cała rodzina. Kiedy ona gra to dzieci się zjeżdżają i to lubia. Jak syn był żeniony, to też dostałam zaproszenie na jego wesele po to, żeby na nim razem z nią zagrać. Oczywiście był też zespół z keyboardami, ale przewidzieli taki moment, żebyśmy mogli zagrać oberki. Wiadomo, znajomi młodych mniej się bawili, ale rodzina, córki, zięciowie to lubią potańczyć.

Wyjątkowe u Wiesi jest, że ona i gra i śpiewa. Ja to cenię, że mimo – jak sama mówi – nie jest wirtuozem harmonii. Nie stara się jak Tadeusz Lipiec – też świetny muzykant – ozdabiać bardzo skomplikowanie i popisywać się. Pomimo tego mam wrażenie, że jak gra to jest to takie pewne i stawia taką ścianę dźwięku, że ja od razu mam ochotę się do tego przyłączać ze skrzypcami. Jak gra ze śpiewaniem, to jest taka też w tym jedność.

To jest sztuka, żeby wyszukać przyśpiewki, a jednocześnie grać na instrumencie melodycznym. Ona ma swój styl, który porywa ludzi do tańca. Już nie raz słyszałam od tancerzy informację, że jak ktoś tam inny gra, to to jest przekombinowane, a Wiesia gra pod nogę i dobrze się tańczy. Zna sporo tekstów i są one naprawdę ciekawe i w takim starym stylu jeszcze.

Kobieta za harmonią

Wiesia zaczęła grać w wieku nastoletnim. Ona chciała grać, a tatuś postarał się i kupił jej harmonię. To jest oznaką nie bogactwa, ale dobrego gospodarzenia. Kiedy stwierdziła, że chce robić swetry na maszynie, to tatuś postarał się i kupił jej maszynę dziewiarską. Wtedy podobno nieźle na tym zarabiała. Kiedy dostała harmonię to dosyć szybko zaczęli grać na weselach. Tatuś jej pilnował, bo była jeszcze panienką. To był ewenement, że młoda dziewczyna grała na weselu. Grała w stroju ludowym, czyli w sukience. To też wspomina jako trudne momenty, że ktoś pod spódnice jej chciał zaglądać. Potem wyszła za mąż i też grała w ciąży. Nawet w 8 miesiącu grała.

zabawa w Nieznamierowicach – kapela w składzie:  Mateusz Niwiński (skrzypce), Wiesława Gromadzka (harmonia pedałowa) i Katarzyna Zedel (baraban) | 2014 rok | fot. Piotr Baczewski

Kobiety były od śpiewania

Ja też jako kobieta-muzykantka czuję, że muszę się przebijać. Chociaż jak zaczęłam 10 lat temu to wtedy już było łatwo. Było grono dziewczyn i chłopaków, którzy grali na skrzypcach, bębenkach i basach. Na harmoniach to zawsze gra mniej dziewczyn, niż chłopaków.

Wcześniej kobiety zajmowały się rodzeniem dzieci. Jeśli miały w domu muzykanta, to jego w domu nie było. Kobiety miały na głowie dom, 4-5 dzieci, gospodarstwo i to wszystko trzeba było ogarnąć. Tak pani Maria Gaca (przyp. red. żona skrzypka Jana Gacy)  przecież miała. Może dlatego też, że naturalną domeną kobiet to był śpiew. Na weselach kobiety po prostu stanowiły grupę, która prowadziła oczepiny. A panowie podgrywali na instrumentach. Oni wtedy byli na służbie u kobiet. Nie zdarzało się tak, żeby nawet jedna z tych kobiet była grająca. Może to wynikało z tego, że nawet gdyby któraś chciała grać i miała talent, to mąż jej mówił, że nie i koniec.

Wiesia miała o tyle dobrą sytuację, że jeździła z ojcem, który jak trzeba było to dał po łapach, lub w gębę i nie pozwalał jej dokuczać. Wiadomo jak to dawniej było na weselach, jak ludzie sobie popili i chcieli pohulać. Skrzypek Piotr Gaca opowiadał o tym, że  uciekał oknem z wesela, że bójki na zabawach były normalnością. To był  trudny zawód. Spało się na sianie, nie tak jak teraz, że po hotelach się mieszka. To była prawdziwa tułaczka.

Wynalazki

Raz zaprosiliśmy Wiesię i skrzypka Piotra Sikorę do Muzeum Instrumentów Ludowych w Szydłowcu na wykład, który prowadził prof. Zbigniew Przerembski o nietypowych instrumentach muzycznych. Oni mieszkają blisko siebie i teraz mają okazję niejednokrotnie muzykować razem. Sikora wypróbowywał różne skrzypce asymetryczne Eugeniusza Szoły, chmurki, wiolanki, skrzypce głuche, a z Wiesią chcieliśmy zrobić eksperyment i podłączyć harmonię  do odkurzacza. To musi być odkurzacz starego typu z rurą wydechową. Udało się, harmonia zagrała. Mimo, że miała rurkę podłączoną do odkurzacza, to Wiesia ruszała nogami.

Czesław Adamczyk | 2013 rok | fot. Piotr Baczewski
harmonia pedałowa | 2013 rok | fot. Piotr Baczewski

Harmonia pedałowa

Na terenach ciągnących się od Opoczna, przez Końskie, Szydłowiec i Skarżysko muzyka jest zupełnie inna niż między Radomiem, a Przysuchą. Szydlowiec i okolice – to tutaj były najmodniejsze pedałówki. One się przyjęły tak, jak na Kurpiach. Patrząc na tradycje muzyczne, okolicom Szydłowca bliżej do Kielecczyzny, niż Radomskiego. Nazywać to południowym mazowszem jest kompletną pomyłką.

Kapela Jana Adamczyka ze Skarżyska gra melodie opoczyńskie i kajockie, ale to ewenement. Grają szybko i ścigle. Oni opowiadali, że jak grali na zabawach po chałupach, to ludzie chcieli tylko na zmianę: oberki i polki.

Potem dopiero zaczęli grać te modne rumby, walczyki fokstroty, tanga i slowfoxy. Tutaj ta muzyka jest bardziej transowa. Czesław Adamczyk opowiadał, że na bębenku trzeba grać tak, jakby sie kołyska kołysała. Bum-cyk-bum-bum-cyk-cyk. Ta muzyka jest też bardziej “okrągła”. Masz pas dźwięku i bardziej jest równe to granie. To wynika z tego wynika, że grając na pedałówce nie zrobi się szarpnięcia tak jak na harmonii ręcznej. Szarpnięcia, czyli takiego podbicia akcentu.

Też myślę o improwizacji. Kiedy uczyliśmy się od Gaców, to widziałam, że jest bardzo duży nacisk, żeby umieć ograć mazurka na wiele różnych sposobów. Kiedy graliśmy z Maćkiem w Wielkiej Orkiestrze Gaców, to musieliśmy sobie krzyczeć: “a teraz na długo, a teraz w górę” itd. Tutaj, wydaje mi się, jest mniej jest improwizacji i kombinowania. Gra się bardziej transowo.Powtarzanie  tego samego powoduje, że można się zapamiętać w tym co się gra i nie ma jak wybić się z rytmu. Nie ma popisów i wirtuozerii. To wydaje się być bardziej jednorodne.

Między Radomiem,  a Przysuchą pedałówki się nie przyjęły. Znakomity harmonista Tadeusz Lipiec o tym opowiadał. Był niegdyś zwyczaj płacenia za marsza – tzw. marszówki. Czyli trzeba było chodzić. Z pedałówką nie dość, że musisz usiąść – czyli krzesło – to jeszcze masz dwa elementy instrumentu. Dlatego w radomskim podobno zarzucili pedałówki, bo za tego marsza to dostawali drugie tyle co było zgodzone za wesele. Nie wiem dlaczego nie mogli mieć dwóch innych instrumentów, ale może po prostu rzadko kogo było stać na dwa instrumenty. Pedałówka chyba była droższa.

Katarzyna Zedel | 2015 rok | fot. Piotr Baczewski
Wiesława Gromadzka | 2015 rok | fot. Piotr Baczewski

Ta muzyka mnie porusza. Powoduje, że się ożywiam. Gdybym zaczęła słuchać mazurków w środku nocy, nie mogłabym spać. Uważam, ze jest w niej bardzo dużo życia.

Wywiad z Katarzyną Zedel przeprowadziła i zredagowała Diana Szawłowska. Fotografia autorstwa Piotra Gana pochodzi ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fotografia została zdigitalizowana przez Bibliotekę Narodową w Warszawie.

Share This