Krypiarze z Zawichostu

Zawichost | 18 km na północ od Sandomierza
tekst Piotra Gana z 1964 roku

łódź przewozowa Romana Cieślika | lata 60 XX w. | fot. Piotr Gan | Arch. PME N. 3051/1

Ludwik Majewski | urodzony w 1902 roku

Ludwik Majewski spędził „na Wiśle ponad 40 lat”. Pracę zaczął jako wodniak albo jak ludzi tego zawodu dawniej w Zawichoście nazywano, „barcorz”. Pływał na krypach w dół i górę rzeki. Zajmował się przewozem kamieni, zboża, buraków cukrowych (z cukrowni w Opolu nad Wisła i Piotrowinie), cegły (z cegielni w Dzierdziówce nad Sanem) i wyrobów metalowych z Huty Ostrowieckiej. Bywał z krypami w Warszawie, Płocku, Toruniu, a nawet i Gdańsku – dokąd zawoził owies w 1926 roku.

W okresie międzywojennym Ludwik Majewski dorobił się dwóch własnych kryp. Wynajmował do nich „obsadę (załogę), a na jednej z nich pływał osobiście (jako sternik), wraz z zoną. Jako drobny przedsiębiorca przewozowy, często znajdował się w tarapatach finansowych, nie mogąc wytrzymać konkurencji dużego przedsiębiorstwa Worcla i Kanarka. Szukając dodatkowych zarobków niejednokrotnie układał na krypie deski, ogradzał je linami i urządzał zabawy, z odpłatnym wstępem, dla ludzi z nadbrzeżnych miejscowości tj. Szczucin, czy Solec. Sam grał na trąbce, jeden z jego załogi na klarnecie, a drugi na „żegociku” (bębnie obręczowym). Obydwie swoje krypy stracił w 1939 roku – jedną pod Solecm, druga przy Kazimierzu Dolnym.

Ludwuk Majewski będąc od dzieciństwa związany z wodniactwem (jego ojciec był flisakiem), przypomina sobie, że na Wiśle używano następujące jednostki:

1) Patelnia – była to najstarsza jednostka pływająca po Wiśle, a zarazem największa. Rzut poziomy patelni przypominał prostokąt o dłuższym boku od 20. do 22. m. i krótszym od 6. do 8. m. Jej burty były wysokie na 70-80 cm. Ten najstarszy typ łodzi, którymi przewożono ładunki na Wiśle, budowano wyłącznie z drzewa. Najczęściej nawet bez użycia gwoździ, łącząc deski na drewniane kołki. Jeśli już używano gwoździ, to zazwyczaj kowalskiej roboty.

Początkowo budowano je w Ulanowie i Rudniku. w Zawichoście zaczęto budować dopiero w  pierwszych latach XX w. Patelnie musiały mieć wyjątkowo mocne „wręgi” (żebra) z twardego drzewa – co było konieczne przy ich 50. tonowej wyporności. Jedną patelnię obsługiwało 3-4 ludzi, Siłą własną ciągnęli ją w szlejach (w uprzężach) z ładunkiem lub bez niego pod prąd. Nieraz zmuszeni byli ciągnąc także z prądem. Podroż z Warszawy do Zawichostu trwała około 14 dni. Z Gdańska, ponad 3 tygodnie.

Obsada patelni zawsze miała czółno pomocnicze, dłubane w jednym pniu drzewa. Używano go w rożnego rodzaju awariach i przy konieczności dostania się na brzeg. Ludwik Majewski pamięta jeszcze jak używano dłubanych i bardzo wywrotnych czółen – miały okrągły kształt dna. Później około 1911-1912 roku zaczęto mocować na czółnach „płotwy” – przybijane do ich burt pomosty z desek, które skutecznie zapobiegały wywracaniu.

Podczas Pierwszej Wojny Światowej, Austriacy spławiali patelniami zaopatrzenie dla armii i sprzęt wojskowy. na patelniach urządzali także pływające lazarety. Nazwa „patelnia” zaczęła znikać około 1920 roku, kiedy wodniacy przepływający od Krakowa zaczęli je nazywać „galerami”. W ciągu następnych lat patelnie zaczęły znikać i około 1922 roku zniknęły z Wisły zupełnie. Miejsce patelni zajęły krypy.

2) Krypa – pojawiła się na Wiśle na przełomie XIX i XX w. Od razu przypadła do gustu wszystkim wodniakom. Nikt już nie chciał robić nowych patelni, wszyscy woleli krypy.

Ludwik Majewski | lata 60 XX.
fot. Piotr Gan | Arch. PME N. 3051/3-4

Długość kryp dochodziła do 30. m. Były szerokie na 7 metrów, a wysokość ich burt wahała się od 120 do 130 cm. Budowano ją z drzewa ciągłego. Różniła się od patelni swym kształtem, byłą od niej lepiej „podsterowana” (ściągnięta na 1/3 swojej długości – tzn. że zarówno na przodzie jak i na tyle jej burty schodziły się do siebie, nadając jej bardziej „łódkowaty’ kształt. Na większe krypy ładowano około 100-120 ton.

Jedną krypę obsługiwało 4. ludzi (jeśli spławiano ją z ładunkiem w dół rzeki) i 6. jeśli ciągnięto ją pod prąd. Krypami najczęściej przewożono cegły, owoce, zboże, mąkę, węgiel i faszyne.  Od 1921 roku na krypach zaczęto stosować żagle. By zamocować żagiel na krypie konieczne było mocowanie tzw. „sztymblak” – bal dębowy przykuty do burt. Na nim był opierany maszt. Krypy różniły się między sobą wielkością i w zależności ile ludzi było potrzebnych do ich obsługi były nazywane „dwójkami”, „trójkami”, „czwórkami itd.

3) Bat – był mniejszy od krypy, spiczasty o długości około 16-20 m. i szerokości 2-3 metrów. Burty batów miały około 90-100 cm. wysokości. Najczęściej używane były do przewozu piasku i kamieni.

Dziś w Zawichoście nie ma już, ani kryp, ani batów. Do roku 1953 funkcjonowały tu jeszcze dwa promy „na silę własną”. Dziś istnieją tylko dwa przewozy na łodziach (przewożą przez Wisłę tylko ludzi i niewielkie ilości towarów). Jeden prowadzi Władysław Majewski, a drugi Roman Cieślik.

Żegluga na Wiśle, od Zawichostu, aż do Płocka, przed wybuchem Drugiej wojny Światowej była opanowana przez żydowskich przedsiębiorców. Jeden z nich (Moszek Worcel) posiadał, poza spora ilością kryp i galer, trzy parowe holowniki i statek.

 

Przez Zawichost przepływały tratwy od Sanu i od Krakowa. W okolicach Zawichostu lasy wyrąbano już dawno i w ostatnich czasach nie zbijano tu tratw. Nie ma tu ani flisaków, ani retmanów. Ludwik Majewski flisactwem się nie zajmował, jednak jego ojciec „chodził na flis do Ulanowa”.

Flisacy zajmowali się wyłącznie spławem drzewa. Przezywanie ich „orylami” wzięło się od tego, że przy manewrowaniu tratwami „puszczali na dno szriki”, którymi zawsze je „orali”.

Jan Mochul | urodzony w 1906 roku

Jan „na flis” nie chodził i nie zajmował się wodniactwem – natomiast jego ojciec trudnił się tym niemal całe życie. Chodził z krypami w górę i dół Wisły.

Nieraz zapłakał nad swoją dolą, bo była klęska chłopów.

Mimo to będąc już staruszkiem często wspominał swoje flisackie czasy i niejedną piosenkę zaśpiewał, ale zapamiętał ich niewiele:

Turbują się ludzie czego oryl żyje,

Z tego wiosełecka co go w wodzie myje.

Cały spław i związany z tym handel w Zawichoście był opanowany przez przedsiębiorców żydowskich Moszka Worcla i Abrama Kanarka. Ten ostatni miał majątek ziemski po drugiej stronie Wisły w lubelskim. Do Warszawy, Puław i Sandomierza spławiali zboże, mąkę, kaszę, cukier. Dostarczali wodą buraki do cukrowni i kartofle do gorzelni. Przywozili do Zawichostu sól, węgiel i cegłę z Dzierdziówki nad Sanem.

W okresie zimowym, zarobków na wodzie nie było. W czasie tym przedsiębiorcy ci dawali  zatrudnionym u siebie ludziom (przede wszystkim krypiarzom)  na kredyt artykuły spożywcze i pieniężne zadatki na pracę w przyszłym sezonie „wodniackim”. W ten sposób zapewniali sobie siłę roboczą. Ojciec Jana Mochula niejednokrotnie korzystał z tego rodzaju pożyczek a potem odrabiał je  ciągnąc w szlejach (przyp. red. uprzęży sznurowej) krypy z towarem i puste.

Do obsłużenia jednej krypy angażowano 4-6 ludzi, którzy pracowali na wodzie od wczesnej wiosny aż do tego czasu kiedy jesienna szaruga i przymrozki uniemożliwiały idącym brzegiem krypiarzom ciągnięcie kryp. Pod koniec sezonu wodniackiego najbardziej ludziom dokuczała „sińdziel” t.j. mokry szron na nadwiślańskich krzakach – a przy tym nie jeden z krypiarzy miał już wtedy natarte i poranione ramiona od całosezonowej roboty.

Na „flis” czy „na oryl” chętnie chodzili ludzie z nadbrzeżnych wiosek takich jak Słupia Nadbrzeżna, Piotrowice czy Linów. Ponieważ stan rolnictwa w okolicy był na niskim poziomie. Ciężko było utrzymać rodzinę z samej gospodarki. Ci co „chodzili po krypach” przed pierwszą wojną światową zarabiali po 3 ruble za dniówkę. Ci co nie mogli z tych czy innych względów wyruszyć na kilkutygodniowy spław do dalekich miast (t.j. Płock, Warszawa, Gdańsk), zajmowali się na miejscu przewozem mąki z młyna wodnego w Janiszowie przez Wislę. Młyn ten posiadał dwie pary walców, jeden „razowiec” (przyp. red. do produkcji mąki caloziarnowej – razowej) i jeden „zuber” (przyp. red. do wstępnego oczyszczania ziarna). Transport mąki z Janiszowa do zawichojskich magazynów odbywał się na „batach”.

Przed pierwszą wojną światową większość flisaków i krypiarzy zajmowała się „szwarcowaniem” – przemytem. Najczęściej przywozili z Galicji wódkę w pęcherzach.Rosyjska komora celna była w Zawichoście, a po drugiej stronie Wisły był „post” – posterunek strażników. Jan Mochul będąc dzieckiem widział jak na wale Wiślanym strażnicy związali złapanego „szwarcownika” w ten sposób, że głowę miał między kolanami. Następnie powiesili go za wykręcone do tyłu ręce, a kiedy omdlewał polewali go wodą. Przemytnik ten w końcu został odcięty przez przechodzącego tam żyda. Fakt ten wywołał duże oburzenie całej okolicznej ludności… ale nie chodziło tu o bestialstwo strażników – tylko bezkarność i wszechwładzę żydów we wszystkich sprawach związanych ze spływem, przemytem i handlem nad Wisłą. Jan Mochul wspomina też o innym wypadku jaki miał miejsce w czasie jego dzieciństwa kiedy to „szwarcownicy” prowadząc między sobą rozrachunki utopili jednego ze wspólników.

 

Tekst archiwalny – syg. Arch. PME SP. G. 19/5 (19-20) – autorstwa Piotra Gana zredagował Piotr Baczewski. Tekst i fotografie autorstwa Piotra Gana pochodzą ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fotografie zostały zdigitalizowane przez Bibliotekę Narodową w Warszawie.

Share This