Marianna Kowalska

Przystałowice Małe | 44 km na południowy-zachód od Radomia
tekst autorstwa Piotra Baczewskiego na podstawie wywiadu Przeprowadzonego przez Piotra Baczewskiego, Anne Jakowską i Monikę Gigier | 2019
śpiewaczka Marianna Kowalska z Ewą Grochowską i Maciejem Żurkiem | 2009 | fot. Piotr Baczewski

Nazywam się Kowalska Marianna. Jestem rocznikiem trzydziestym piątym. Pochodzę z Przystałowic Małych i tu mieszkam. Tak jak moja mama i babcia. Obie dobrze śpiewały i od nich się nauczyłam wszystkich piosenek. Mama skrzypka, Janka Gacy i moja babcia to były siostry. Trzech chłopaków miała, trzech synów i wszystka trzej zostały muzykantami. Wszystkiego ich wyuczyła. Śpiewała, a oni grali. Skrzypeczki mieli, sami sobie porobili. Pozakładali na nie druty i rzępoliły na nich. Mieli talent od maleńkiego.

kapela Piotra Gacy i Marianna Kowalska - mazur z przyśpiewkami

Skończyłam 18 lat 10 grudnia, a w Trzech Króli miałam ślub. Rodzice poszli do PGRu na „ziemie odzyskane”, a my z mężem tu zostaliśmy. Mąż do pracy jeździł, a ja musiałam w domu wszystko zrobić. To nie tak jak teraz, że kombajn przyjedzie i pokosi wszystko. Trzeba było wstać do dnia, krowy podoić, w pole iść i jeszcze odbierać żyto. Mąż kosił, a ja odbierałam. Potem szedł do roboty, a ja ustawiałam te snopki w kopki. Robiło się od świtu do zmroku.

Mieliśmy owce. Strzygło się je dwa razy do roku. Wełnę się sprzedawało albo robiło z niej różne fartuszki, kiecki i kilimki. W Odrzywole i Drzewicy były farbiarnie. Tam się farbowało wełnę. Kolory musiały do siebie pasować. Jak była kiecka saladynowa, to dobierało się wełnę żółtą, zieloną, różową i czerwoną. Moja babcia chodziła w „kietce drobnej”. Miała paseczki o szerokości palca. Były przeplatane cienkim żółtym paseczkiem.

Umiałam śpiewać, bo chodziłam po weselach. Kucharką w dodatku byłam. W dyspozycji byłam. Umiałam i zaśpiewać, zatańczyć i ubrać pannę młodą. Wszystko co się należało do wesela. Jak gdzieś byłam za kucharkę to był mój obowiązek, by zaśpiewać na weselu.

Wesele zaczynało się o godzinie szóstej na wieczór w sobotę. Już młodzież, która miała być na weselu, wszystka poprzychodziła i tańczyła. Musieli się przespać te dwie-trzy godziny, gdzieś tak popółnocku, ale do godziny czwartej, to jeszcze się tańczyło. Nad ranem zapraszało się kolejny raz ludzi na wesele. Żeby przyszli. Na stanowczo.

fotografia pamiątkowa z Pierwszej Komunii (w środku Marianna Kowalska)

Przystałowice Małe | 1946

Archiwum Muzyki Wiejskiej

Ślub był zawsze w niedzielę o godzinie dwunastej. Nie było ślubu w sobotę. Nigdy. Potem wesele ciągło się ku ranowi. Potem wszystko poszło do domu. Drugiego dnia przychodzili i dopiero były oczepiny. Druhny śpiewały, koło stołu chodziły. Stół był na środku ubrany. Stała przy nim chrzestna matka. Ludzie wsadzali pieniądze „na czepek” pod serwetkę. Potem znowu zabawa do rana. Tyle się ciągło wesele. A za tydzień jeszcze były poprawiny. Dla muzykantów było to meczące. Każdy podchodził i śpiewał co innego, a ty mu graj. Tańce tak samo. Jeden chciał taki, drugi chciał taki. Nieraz to i się pobili.

Jak byłam jeszcze dzieckiem, miałam wtedy 8 lat. Poszłam wtedy z mama i tatą na wesele siostry Piotra Gacy. Na stole była kapusta z grochem, kasza jaglana i chleb. Ziemniaków nie było, bo ludzie mówili, że jedzą je na co dzień. Nie było też żadnej wędliny. Zabijało się jednego albo dwa świniaki. Kroiło się mięso jak leciało i gotowało. Mówiło się na to rąbanka. Ciasto pojawiło się na weselach w połowie lat pięćdziesiątych. Placek drożdżowy pokrojony na kromy podawano najczęściej w przetakach. Pito słodzoną kawę zbożową. Był też barszcz, ale bez kiełbasy, bo jej nie było. Na to wszystko się składała cała rodzina rodzina. Każdy przyniósł po przetaku żyta, napiekli z tego bochnów chleba w piecu. Kto wchodził do domu weselnego, to chrzestny ojciec polewał mu „pięćdziesiątkę” wódki z litrowej butli. Nie było pijaństwa. Wódka była swoja. Butelka była ładnie zalakowana, przewiązana wstążeczką.

Pamiątka z Częstochowy (Marianna Kowalska w środku)

1954 | Archiwum Muzyki Wiejskiej

kapela Piotra Gacy i Marianna Kowalska - Chodziła Kasinia po wysokiej górze

Ostatnio byłam na weselu i tak sobie pomyślałam, jak to dobrze zasiąść sobie za stołem i spokojnie zjeść, a nie pocić się przy kuchni. Byłam kucharką i kelnerką.

Za czasów mojej babci jedzono więcej kasz. Tatarkę (kasze gryczaną – przyp. red.) gotowało się tak, ze można było ją kroić nożem. Jedzono tez kasze jęczmienną i pęczak. Ludzie siali dużo gryki. Tłoczyli z niej olej. Tłocznie były w Przystałowicach Dużych, Nieznamierowicach i Wysoskinie.

W Zielone Światki rwało się tatarak. Wkładało się go w strzechy. Zrywało się go przy sadzawkach, bo pola były nie zmeliorowane, tylko podmokłe. Wymiatało się elegancko podwórko i wieczorem – jak już kury pochodziły spać – robiło się kupki z żółtego piasku. Robili też rożne wzorki, jak ktoś miał czas i był do tego zdolny. Kapliczki, kościółki, serca i słońca. Na podwórkach nie było trawy, tak jak teraz. Była ziemia, wszystko było wygryzione, bo ludzie mieli kury, gęsi i owce.

kapela Piotra Gacy i Marianna Kowlska - mazur z przyśpiewkami

Tekst autorstwa Piotra Baczewskiego. Fotografie pochodzą z Archiwum Muzyki Wiejskiej i zostały udostępnione przez Fundację Muzyka Odnaleziona.

Tekst powstał w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznanego Piotrowi Baczewskiemu.

Share This