Muzykanckie przemiany

Jakimowice, Huta Jabłonna, Czerwona Wola | około 50 km na północny-zachód od Kielc
tekst autorstwa Piotra Gana z 1968 roku rozszerzony o fragmenty wywiadów z muzykantami
Jan Pasowski | 1968 rok | fot. Piotr Gan | Syg. Arch. PME SP. G. 16/14

W Kielecczyźnie, tam gdzie graniczą ze sobą powiaty kielecki, włoszczowski i konecki – między Łopusznem, Krasocinem i Radoszycami – jest taka okolica, gdzie wiejskie muzykowanie ma swoisty charakter. Grają tu kapele Raków z Krasocina, Drejów z Komornik, Śliwy z Jachimowic, Hajduka z Mnina i Pasowskiego z Huty Jabłonnej.

Tu, jak mówi skrzypek Jan Pasowski, klarnet nie ma poszanowania. Od zakończenia II wojny jest zastępowany w kapelach saksofonem. Starzy muzycy wspominają, że w latach 20. XX w. tak samo było z basami, których miejsce zajęły harmonie. Dlatego dużo jest takich harmonistów, którzy swój instrument w kapeli traktują tak jak dawniej traktowano basy. Najczęściej grają oni tylko akompaniament, czyli basują na harmonii nie zmieniając tonacji.

Bezpośrednio po wojnie grywano tu w składzie 4-osobowym, t.j. skrzypce, klarnet, harmonia i bęben. Potem, kiedy na żądanie młodzieży z okolicznych wsi klarnety zamieniono na saksofony, skład kapel powiększono równocześnie o trąbki i puzony. Takie duże kapele – jako znacznie kosztowniejsze – były rzadziej angażowane na zabawy. Dlatego tez w latach 60. XX w. powrócono do grania w składzie trzyosobowym: skrzypce, harmonia i bęben.

Szanowana jest tu jeszcze osoba skrzypka, ale w wielu wypadkach nie są to skrzypacy prymiści, chociaż charakter ich gry nie uległ zmianie. Rolę tą teraz spełniają harmoniści.

Gram na weselach ze trzydzieści lat, po różnych wioskach. Chodzi się i po pograjkach, i po zabawach hucznych. Jeszcze nie widziałem takiej wioski jak Zajączków. Tam ludzie chyba z tańca żyją, tak rozmiłowani są w tym tańcu. Tam trzeba było grać trzy oberki, trzy polki, walczyka na odpoczynek, a potem znowu polkę i oberka. I dawaj! I dawaj! Przegraliśmy tam kiedyś całą zabawę i na ostatku chojraki wyleciały i jeszcze nam chciały dokopać. Moje muzykanty powiedziały, że więcej tam nie pójdą grać. Niewytrzymanie jest. Za żadne pieniądze. Napracować się i jeszcze kopów dostać. Tam nieludzie są. Najlepiej to jest w Przegrodach, w Szustakach, w Lewoszowie i w Jóźwikowie. Tam są wesołe ludzie. Lubią pojeść i popić.

Gdy pewnego razu zagraliśmy na Piotrowcu cięta polkę to strasznie się uśmieliśmy. Pewna kobita trochę za dużo wypiła, a  jeden z młodych gospodarzy poszedł z nią potańcować. Potańcowali trochę i zagrzał się. Zdejmuje marynarkę, a ona – ciach! – sweter zdjęła. On też zrzuca z siebie sweter. Tamta znowu zdjęła bluzkę i tańcują, a my gramy. Oj, on łapie się za spodnie, a ona się łapie za spódnice – i ciach! – zdejmują oboje. Wreszcie wyskoczył z tłumu z krzykiem jej mąż…

opowiada skrzypek Jan Pasowski

Ojciec mój grał na harmonii. Miał malutki zespół. Składał się z trzech ludzi. Tatuś grał na harmonii, a z nim grał skrzypek i bębnista. Bęben miał przymocowany mały dzwoneczek.

Ja też gram najczęściej w takim składzie. Gdy jedziemy na zabawy organizowane w dalszych okolicach, ludzie chcą by grać im nowe kawałki, które usłyszą z radia. Wtedy trzeba dobierać większy zespół. Saksofon i kornet.

Teraz jest już w naszych stronach bardzo trudno o skrzypaków. Jest tylko trzech. Grający ze mną Matuszczyk Stefan z Czerwonej Woli, Pasowski w Hucie Jabłonowej i Stawowski w Olesznie. Klarnecistów też już jest bardzo mało, bo wszyscyprzerzucają się na saksofony. Zmieniło się to życie teraz tutaj. Dawniej były tylko muzyki ze skrzypcami, a teraz zespoły grają bez skrzypek.

U nas na wioskach, zaczynając od naszych Jakimowic, nie wesela bez oczepin. Bawią się ładnie, grzecznie. Bójki i pijaństwa tu się nie spotyka. Co innego w Stanisławicach, Korczynie, Gnieździskach i Czartosowie. Tam, jeśli muzykantów znają to potrafią ich uszanować. Jeśli nie, to ta orkiestra dozna „swoich cudów”. Bez przerwy grać karzą. Oberka i polkę. Nie ma przerwy nawet na papierosa. Muzykanci się pocą. Pytają ich o to, czy chce im się jeść i pić. Grajkowie odpowiadają, że nie. No to grać! – powiadają miejscowi. Lubią się awanturować, upijać i bić na weselach. Na zabawach trochę mniej. Ciężkie są to strony. Uznają tylko oberka, polkę i czasami walca.

W naszych stronach jak Ruda Maleniecka, Jakimowice, Lipa bardziej ta młodzież chce, co i raz, coraz nowsze kawałki. Poza tym, gdy przyjdziemy na wesele, od razu biorą nas za stół, stawiają flachę i jedzenie wkoło. Dopiero później gramy. W innych wioskach nie spraszają za stoły. Każą od razu grać. Jak już się muzykant się zmęczy, to dostaje kieliszek wódki.

opowiada Harmonista, Zenobiusz Śliwa

Ojciec mój był skrzypkiem. Grał z harmonią i małym bębenkiem. Ja za młodu porywałem od ojca te skrzypce i brałem się do nauki. Stopniowo grałem coraz częściej i dochodziłem do melodii, które brałem z głowy. Jak już nauczyłem się grać, zagrałem pierwszą porajkę w Pilczycy. Pierwsze wesele zagrałem w Piczkowicach. Nie bałem się, bo już potrafiłem grać melodie, których nauczyłem się od ojca.

Moja kapela ma zasięg bardzo duży. Często gamy w Jakimowicach, Hucisku, Ciszy i Lipie. Tam są jeszcze wesela na starą modę. Na oczepiny wprowadzają czasami konia. Pięknie śpiewają. W Czerwonej Woli, Sałczynie, Lasocinie i Dąbrowie najbardziej lubią tańczyć obery. Wymagają też drobnych polek. Jak najdrobniejszych.

Tekst powstał na postawie artykułu Piotra Gana – syg. Arch. PME SP. G. 16/4 (93-95) zredagowanego przez Piotra Baczewskiego. Tekst i fotografia autorstwa Piotra Gana pochodzą ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Fotografia została zdigitalizowana przez Bibliotekę Narodową w Warszawie.

Share This