Odpoczno

Łódź
wywiad Piotra Baczewskiego
Odpoczno | fot. Piotr Baczewski | 2019

Zespół Odpoczno tworzą osoby związane z różnymi muzycznymi światami. Śpiewaczka Joanna Ganarczyk i skrzypek Marcin Lorenc na co dzień zajmują się muzyką tradycyjną. Gitarzysta Marek Kądziela jest wziętym jazzmenem. Perkusista Piotr Gwadera w swoim życiu grał już rock, muzykę ekperymentalną, a nawet techno. W Odpocznie tworzą przestrzeń międzygatunkowego spotkania, której gospodarzem jest wiejska muzyka. Gospodarzem otwartym na spotkanie z innym, ale jednocześnie narzucającym swoim gościom konkretne reguły i zasady.

Piotr Gwadera Z młodości kojarzę tylko audycje z folklorem w Radiu Kielce. Był to dla mnie jedynie obciachowy szum z głośnika. Wtedy słuchałem głównie punk rocka. Później, trafiłem na książkę Andrzeja Bieńkowskiego „Ostatni wiejscy muzykanci” i dołączoną do niej płytę z nagraniami wiejskich kapel. To było jej pierwsze wydanie. Wtedy mnie to jakoś zainteresowało, ale na co dzień grałem zupełnie inne rzeczy.

Głębiej wciągnęli mnie w oberki Marcin Drabik i Jacek Mazurkiewicz. Chcieli bym zagrał z nimi na koncercie laureatów Festiwalu Nowa Tradycja organizowanym przez Polskie Radio. Wtedy zacząłem pierwszy raz grać wiejską muzykę. Jeszcze wtedy nie kumałem jej do końca. Jeździłem na wiejskie zabawy, słuchałem nagrań wiejskich kapel i zacząłem fascynować się tymi melodiami i ich rytmiką. Przede wszystkim rytmiką. Dla mnie perkusisty, który grał wcześniej rockowo, dużo improwizując jest ona strasznie inspirująca. Otworzyła mi w głowie bardzo dużo furtek, bo jest w niej dużo opowieści zaklętych w rytmach. Bardzo szybko w to wszedłem. Grałem coraz częściej, a potem zacząłem studiować etnografię…

Pradziadek mojej mamy nazywał się Ścieżka był młynarzem i skrzypkiem spod Pacanowa. Mój ojciec gitarzysta całe życie grał na miejskich weselach w Kielcach. Grał nawet z ojcem Marka. Dowiedzieliśmy się o tym niedawno. Mój pradziadek, zawodowy wojskowy, miał mandolinę i skrzypce. Babcia opowiadała, że gdy czasami pogrywał w pokoju, ona wyciągała łyżki i grała nimi na szklankach.

Marcin Lorenc W moim domu radio było włączone prawie zawsze. W południe leciała muzyka ludowa. Zalazłem ją dopiero dużo później. Patrząc na to działo się w moim życiu, myślę, że cały czas jej szukałem. Dziesięć lat temu poszedłem na warsztaty skrzypcowe, które prowadził Maciek Filipczuk. To był moment zwrotny. Cały czas szukałem takiego brzmienia. Surowego i tradycyjnego.

Marek Kądziela Pamiętam z dzieciństwa, że ludzie w strojach ludowych pojawiali się w Opocznie na czwartkowym targu albo od święta. To było normalne.

Moi dziadkowie pochodzili z rodziny wiejskiej, ale ukończyli studia. Zupełnie nie identyfikowali się ze wsią. Muzyki wiejskiej w domu naszym domu się nie słuchało, natomiast ta muzyka była wszędzie w około.

Mój ojciec ma też tak jak ja wykształcenie muzyczne. Prowadził Miejska Orkiestrę Dętą. Zapraszał do Opoczna muzyków jazzowych. Animował kulturę w mieście. Do muzyki i kultury wiejskiej podchodził z rezerwą. Dla jego pokolenia był to synonim dziadostwa. Po prostu.

Mój kolega Marcin K. (słynny w branży filmowej realizator dźwięku) urodził się w okolicach Opoczna. W rodzinie muzykantów, soli tej ziemi. Jego ojciec bez przerwy przymuszał go do grania oberków na akordeonie. Grał te obery, ale jego nienawiść do wsi i muzyki ze wsi była ogromna. Gdy podrósł nie interesowało go tak jak nas by popić i popalić, ale by zrobić jakiś interes i wyrwać się z tego świata.

Ta muzyka wciąż mnie otaczała. Wiedziałem jak brzmi, ale nie byłem nią zainteresowany do momentu w którym mój ojciec zakupił książkę Andrzeja Bieńkowskiego „Ostatni wiejscy muzykanci”. Znalazł w niej kupę znajomych przedstawionych w piękny sposób. Znał z wesel na których grał. Równie dobrze potrafili zagrać oberki, fokstroty jak i disco polo.

Niedługo potem ojciec zaprosił do Opoczna Andrzeja Bieńkowskiego. Przyjechał z wykładem i skrzypkiem Zieją. Wtedy się tym zainteresowałem. Zawsze interesowała mnie niekonwencjonalność w obrębie muzyki. Grałem wtedy na gitarze elektrycznej i chodziłem do liceum.

Zacząłem naukę w szkole muzycznej w Tomaszowie i Warszawie oraz podjąłem na chwilę studia zaoczne w Katowicach, jednak udało mi się wyjechać na studia jazzowe w Danii. Po powrocie do Polski miałem chęć podjęcia wyzwania jakim jest granie muzyki wiejskiej na gitarze. Wiedziałem do kogo trzeba pójść by się jej uczyć, ale nie miałem z kim jej grać. Potem pojawił się Marcin Lorenc, którego skierował do mnie Piotr Gwadera. Tak powstało Odpoczno. Długo, długo wypracowywaliśmy konwencję, która byłaby dla nas zadowalająca. Najpierw musiałem nauczyć się pulsu i konstrukcji tej muzyki. Na początku było mi ciężko, bo cale życie grałem coś innego. Aśka i Marcin czekali aż to zabrzmi. Piotrek Gwadera chyba wszedł w to szybciej.

Marcin Lorenc Przygoda z Odpocznem zaczęła się dla mnie od chęci poeksperymentowania. Taki miałem czas w tamtym momencie. Ciekawiło mnie też czy ta muzyka zabrzmi dobrze z gitarą. Zacząłem szukać i pojawił się zespół Odpoczno. Przestrzeń do zabaw i eksperymentów.

Piotr Gwadera Aśka długo siedzi w tej muzyce, Marcin krócej, ale za to dość intensywnie. Od nich łapałem pulsację, ale też kombinowałem po swojemu. Jak się wsłucha w grę bębnistów wiejskich, słyszy się, że każdy gra inaczej. Niektórzy są niesamowici. Grają niesamowite podziały rytmu. Na tych obręczówkach, czy na barabanach.

Marek Kądziela Fajne było to, że mieliśmy czas na granie. Byliśmy w takim momencie, że spotykaliśmy się na próby dwa razy w tyg. po 6-8 godzin. Różowa piwnica, grzyb na ścianach i porozstawiane wokół wzmacniacze. Totalna zajawka. Byliśmy wtedy ludźmi poszukującymi, którzy chcieli coś zrobić i mieli na to czas. Wiemy, że twórczość się nie zwraca. Trudno ją przeliczyć na złotówki. Po zliczeniu poświęconych na nią roboczogodzin byłbym grubo na minusie.

Marcin Lorenc Muzyka opoczyńska ma wiele barw. Jest kilka mikroregionów wkoło Opoczna, każdy z muzykantów gra zupełnie inaczej. Czym człowiek zagłębia się w to bardzie, trafia na coraz więcej znaków zapytania.

Marek Kądziela Zwykle najpierw uczymy się obera, a potem weryfikujemy to co jest na nagraniach w kontakcie z żywym człowiekiem. Potem dodajemy do tego współczesność, nie ruszając jednak groovu i melodii. To byłoby jak wykastrowanie muzyki, co robią bardzo często jazzmeni. Wiele muzyków lubi chodzić na skróty. Fajnie jest promować polską muzykę wiejską, ale kiedy zamiast polskiego groove’u aplikujemy jej groove afroamerykański to o czym tu mowa?

Zwykło się kiedyś mawiać w środowisku muzycznym, że wiejscy muzycy nie umieją grać, że to taki archaiczny „wybryk natur.” Jednak byłem już wtedy na tyle świadomy by zauważyć, że Ci ludzie z duża precyzyjnością powielają określone motywy z bardzo ciekawym feelingiem i time’em. To było dla mnie wtedy interesujące. Wiedziałem, że nie ma tam policzalności. Genialność dobrej muzyki, polega na jej groovie. Jak jest dobry to jest dobry, jak nie to nie. Ten groove oberkowy jest fenomenalny. Z Odpocznem cały czas go eksplorujemy.

Marcin Lorenc Zawsze się zastanawiałem nad tym dlaczego w danym miejscu jest taka, a nie inna muzyka. Kujony spod Łęczycy są spokojne i łagodne. Suną powoli jak walec. Powolutku, powolutku. Jest w nich zgromadzonych bardzo dużo emocji. Natomiast muzyka spod Opoczna jest jak karabin maszynowy. Tamtejsze oberki są ostre i dynamiczne. Grane z dużą werwą. To mnie w tej muzyce porwało.

Marek Kądziela Dla mnie muzyka łęczycka jest za wolna i za rozwlekła. Dla opoczniaka nie do przejścia. Dawniej w nasze rejony pewnie nikt nie przyjeżdżał oprócz wrogiego wojska lub zarazy. Ludzie są wiecznie nastawieni na walkę. Człowiek z zewnątrz postrzegany jest często jako intruz. Sam jestem w swojej naturze konfliktowy. Pobiłbym się z kimś, pokłócił. Musze nad sobą pracować. Był moment, że spotykaliśmy się w piwnicy domu kultury. Piliśmy wina. Mieliśmy stare rękawice bokserskie i się zapierniczaliśmy. Bardziej dla śmiechu niż na poważnie. Jednak gdy wpadał do nas mój kolega z Kraśnicy razem ze swoimi braćmi to tamci napierdzielali się jak barany. Taka wściekłość w tych ludziach drzemała.

Marcin Lorenc Różnica w mentalności między łęczycanami, a opocznianami jest ogromna. To jest inny kosmos. Inny gatunek człowieka. Pod Łęczycą zaczęta rozmowa musi zawsze nabrać odpowiedniego tempa. Najpierw musi być rozbieg, a potem przejście do sedna sprawy. Wszystko na spokojnie. Pod Opocznem rozmawia się bardziej bezpośrednio, a ludzie są skorzy do bitki i zwady. Pewnie wszędzie zabawach ludzie się bili, ale wydaje mi się, że w Opocznie ścieżka do bójki jest dużo krótsza niż na przykład pod Łęczycą. To są dwa rożne kraje, dwie różne nacje i w muzyce tez to słychać.

Muzyka łęczycka jest moją pierwsza muzyką, muzyki opoczyńskiej dopiero się uczę. Z tym jest tak jak z językiem. Cały czas mam wątpliwość, czy już ją odpowiednio gram.

Marek Kądziela Nauczenie się groovu oberkowego jest szalenie trudne. Próbowałem długo i już myślałem, ze się tego nie nauczę. Nie powiem, że już to zrobiłem w 100%, ale ponieważ Aśka i Marcin nie krzyczą na mnie zbyt często to chyba już dość dobrze go imituję.

Na początku dużo łatwiej grało mi się z akordeonem. Podczas pierwszych spotkań ze skrzypkiem Stanisławem Wolskim granie mi nie wychodziło, ale gdy pojeździłem już trochę do niego i zrobiłem duże postępy. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, myślę sobie, ze to już jest coś.

Kiedyś czarni Amerykanie przekonwertowali swój śpiew na instrumenty. W bluesie śpiewność jest bardzo ważna. U nas to wygladało trochę inaczej. Kluczem była transowość. Na początku nie rozumiałem, czemu po zagraniu tematu 5 razy mam go zagrać jeszcze 50. Potem to zajarzyłem, ze ten trans, to eksplorowanie rytmu, tego groove’u jest przyjemne.

Piotr Gwadera Zawsze fascynował mnie minimalizm. Nie gram na zestawach z dwudziestoma talerzami i czterdziestoma bębnami. Chciałem złapać dźwięk z naturalnych naciągów, który brzmi inaczej niż plastik. Chciałem dojść do idei dżazu, małego zestawu perkusyjnego, który składa się z werbla, dużego bębna, hi-hatu, pudełka akustycznego i zazwyczaj jednego talerza. Ten minimalizm daje mi wiele możliwości. Czuję to grając nawet na samym barabanie.

Najbardziej interesują mnie rytmy trójkowe. Są bujające i bardzo taneczne. Nie są takie skwantyzowane jak dzisiejsza muzyka elektroniczna, czy rockowa. Nie jest to spod metronomu. Wartości trójdzielne nakładają się w nich na czwórkowe. To płyniecie, ta krzywość i przesunięcia sprawia, że ta muzyka jest organiczna i pulsująca. Tego w niej szukają ludzie.

Zawsze lubiłem grać do tańca, gdy widziałem bezpośrednie oddziaływanie muzyki na ludzi. Grasz coś nie tak, to po prostu nikt nie tańczy. Kiedyś miałem taki projekt z Capitanem Commodore, graliśmy techno na żywo. Taka wiejska zabawa, tylko w innych warunkach kulturowych, w mieście. Dzień po zabawie na której grałem do tańca muzykę tradycyjną wypadła mi do zagrania impreza techno w Łodzi. Po niej straciłem fun do grania tej muzyki. Przestało mnie to bawić, było dla mnie zbyt monotonne, w zestawieniu z muzyką tradycyjną.

 

Marek Kądziela Koncert na festiwalu Wszystkie Mazurki Świata był dla nas krokiem milowym. Marcin bał się bardzo zagrać na koncercie, którego odbiorcami jest środowisko dość konserwatywne, w swoim postrzeganiu muzyki tradycyjnej. Bał się, że nie zagra potem na żadnej potańcówce. Pogonią go za tę profanację. Wtedy się zdenerwowałem i powiedziałem, że nie powinniśmy tak myśleć. Nie lubię, gdy ktoś bawi się w milicję, czy to w jazzie, czy to w muzyce tradycyjnej. Mówi co można, a czego nie można. Próbuje kogoś wyeliminować. Po zagranym koncercie przyszedł do nas dyrektor festiwalu Janusz Prusinowski i powiedział, że to co pokazaliśmy było spoko. Na koncercie ludzie szaleli, zgotowano nam owacje. Odnieśliśmy wrażenie, że po nim zostaliśmy zaakceptowani przez środowisko. Ludzie zobaczyli, że to nie jest głupie. Zobaczyli, że ktoś w to włożył konkretną pracę, to działa i na dodatek da się do tego tańczyć.

Najlepiej jak ludzie tańczą. Najbardziej jest to ważne dla Marcina i Aśki. Marcin miał zawsze ciśnienie na taniec. Ja przez większość życia grałem dla hipsterów i miłośników jazzu, więc było mi wszystko jedno, czy ktoś do naszej muzyki tańczy. W tym roku graliśmy na festiwalu Etnoport w Poznaniu i okazało się, że nagle pół sali tańczy obery.

Sam nie lubię tańczyć. Nie lubię ekspresji swoich emocji przez taniec. Są one dla mnie zbyt intymne. Kiedyś zapytałem harmonisty Juliana Jarzęba, czy umie tańczyć. Zdziwił się bardzo. Pytanie wydało mu się tak głupie, że nie chciał na nie odpowiedzieć.

Na festiwalach jazzowych naszej muzyki ludzie słuchają z niepewnością albo sprawdzają jakie mam podpięte efekty gitarowe. Oczekują raczej wyrafinowania i go u nas nie znajdują. Z drugiej strony kiedyś pojechałem na potańcówkę do Wiru. Wchodzę, a tam Piotrek Zabrodzki, Łukasz Borowiecki i nagle spotkałem tam warszawkę alternatywną i jazzową… Za to hipsteriada potrzebuje transu i świeżości. Na Off Festiwalu nasza muzyka zażarła i miała świetny odbiór.

Miłośnicy jazzu generalnie nie przepadają za naszą muzyką. Nie darzą nas specjalnym zainteresowaniem i szacunkiem. Ich zainteresowanie skupia raczej pewien rodzaj sukcesu, który odnieśliśmy. W jazzie rzadko zdarza się by mieć projekt, który praktycznie bez promocji umożliwia granie koncertów nieprzerwanie od 4 lat i nie robi się przy nim promocyjne prawie nic. Będąc na scenie jazzowej 12 lat, grając ze znakomitymi zespołami i poświęcając na ich promocję masę czasu, nie spotykałem się z takim zainteresowaniem współtworzoną przez siebie muzyką. Tu po wrzuceniu jednego nagrania w sieć od razu mieliśmy odzew słuchaczy. Ciekawe doświadczenie, dla kogoś kto „ryje beton” przez kilkanaście lat.

Marek Kądziela Do momentu koncertu na festiwalu Wszystkie Mazurki Świata trochę goniliśmy swój ogon. Trudno nam było zrobić kolejny krok. Aśka wyznaczała główny kierunek w którym zmierzaliśmy, mówiła co jest złe, a co jest dobre. Niestety na początku nie akceptowała do końca brzmień elektronicznych. Piotrek zrobił ruch taktyczny i zatrudnił producenta naszej płyty. Weszliśmy do studia, nagraliśmy materiał z nieduża ilością efektów i dostał to producent… Dodał całą masę brzmienia, zmienił strukturę i formę utworów… i zespół się na moment rozpadł. Niedługo potem znów się zeszliśmy i ruszyliśmy do przodu. Rozbudowałem instrumentarium, bo ktoś musiał zrobić te brzmienia, które są do usłyszenia na płycie.

Co ciekawe, skrzypek Stanisław Wolski zdawał się nie zauważać w ogóle, że gram z nim oberki na gitarze, że to jest inny instrument niż skrzypce. Harmonista Julian Jarząb pochwalił mnie nawet kilka razy, co mu nie zdarza się za często. Był zaciekawiony moim graniem i tym, że ono idzie.

Muzyka wiejska kojarzy się ludziom ze skrzypcami, akordeonem i harmonią. Tak się utarło. Kiedyś grałem w Miejskiej Orkiestrze Dętej z ludźmi, którzy od dziecka grali oberki, a teraz trzymali w dłoniach trąbki i saksofony. Dla nich nie miało znaczenia na czym graja, tylko… gitara się do tego najgorzej nadawała, bo najtrudniej na niej te wiejskie melodie zagrać.

Zdjęcia i wywiad autorstwa Piotra Baczewskiego.

Share This