rodzina Bąblów

Kąty Denkowskie (obecnie dzielnica Ostrowca Świetokrzyskiego
tekst Piotra Baczewskiego powstał na podstawie artykułów Piotra Gana oraz napisanych własnoręcznie życiorysów Tadeusza i Fryderyka Bąblów spisanych przez Łukasza Rysiaka
Tadeusz Bąbel przy pracy | 1960 | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3170/4

Rodzina Bąblów wywodzi się ze starego ośrodka garncarskiego Denkowa koło Ostrowca. W Denkowie był w swoim czasie potężny cech garncarski, którego członkowie spławiali swoje wyroby Wisłą do Gdańska, Elbląga, Malborka i Torunia. Mieli na to „przyzwolenie królewskie i przywilej”.

W drugiej połowie XIX wieku w wyniku narastających trudności w uzyskiwaniu gliny i niezbędnego do wypału drzewa oraz narastania świadczeń na rzecz miasta – wielu garncarzy zlikwidowało swoje warsztaty w Denkowie i przeniosło się do powstającej na pobliskich gruntach leśnych wsi – Kąty Denkowskie. Tam deklasując się, z rzemieślników miejskich stawali się rolnikami i uniezależnionymi od cechu i miasta chałupnikami, których głównym zajęciem pozostawało jednak nadal garncarstwo, a nie rolnictwo.

Na przełomie XIX i XX wieku Kąty Denkowskie stają się głośniejszym ośrodkiem garncarstwa od macierzystego Denkowa. Sprzyja temu fakt, że większość osiadłych tu garncarzy będac rolnikami, posiadało własne konie, co pozwalało im rozwozić swoje wyroby na targi i jarmarki w wielu miasteczkach oraz miastach.

Na początku XX. wieku w Kątach Denkowskich niemal w każdym domu były chałupnicze warsztaty garncarskie, prowadzone najczęściej przez dawnych cechowych majstrów, czeladników lub ich potomków, którzy niejednokrotnie po pewnym czasie, na nowo wiązali się z denkowskim cechem garncarskim. W wielu takich garncarsko – rolniczych domach podtrzymywano dawne tradycje rzemieślnicze i stare zwyczaje cechowe. Najczęściej stosowano je przy nauce rzemiosła.

Mikołaj

Jedną z takich rodzin rzemieślniczych była rodzina Mikołaja Bąbla – ojca znanych dziś garncarzy Fryderyka, Tadeusza i Kazimierza. Mikołaj Bąbel każdego ze swych synów uczył garncarskiego rzemiosła zgodnie ze statutowymi tradycjami cechowymi, tak jak wymagał tego §24 „Postanowienia” Namiestnika z 1816 roku:

Magister winien uczniowi podać sposobność nabycia wszelkich znajomości, które do porządnego prowadzenia rzemiosła są potrzebne.

Mikołaj Bąbel był rzemieślnikiem światłym i stare wilkierze, statuty oraz postanowienia obowiązujące dawnych rzemieślników znał dobrze. Dlatego też w 1939 roku, kiedy syn jego Tadeusz ukończył termin, wysłał go na „wędrowanie”, tak jak nakazywał dawny zwyczaj cechowy:

Czeladnik tyle lat odłoży na wyprawę i wędrowanie, ile właściwemu rzemiosłu jest zwyczajem, nigdy jednak mniej nad dwa lata.

Ponieważ był to okres okupacji i poznawanie prac garncarskich w różnych warsztatach było utrudnione i niebezpieczne, więc umieścił go w Suchedniowskiej Fabryce Naczyń Kamionkowych „Marywil”, uważając, że praca młodego czeladnika poza rodzimym warsztatem jest jedynym sposobem wszechstronnego poznania rzemiosła. Sam też Mikołaj po swoich  „wyzwolinach” odbył kilkuletnią wędrówkę pracując w Kole i Turku (Wielkopolska), a następnie u Andrzeja Rokity w Rędocinie oraz u garncarzy w Bodzentynie i Łopusznie.

Tadeusz

Tadeusz Bąbel | 1960 | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3170/10

Tadeusz Bąbel urodził się w 1921 roku w Kątach Denkowskich.

W latach szkolnych zajmowałem się nauką i zbytkami, a krów nie pasłem jak to na wsi bywa. Po ukończeniu siedmiu klas szkoły powszechnej zdałem egzamin na piątkę w szkole rzemieślniczej w Ostrowcu, ale nie zostałem tam przyjęty, bo na 50 miejsc było 350 uczni, więc zostali przyjęci Ci którzy mieli większe znajomości. Chciałem iść do gimnazjum, lecz ojciec się nie zgodził. Mówił, że nie będzie mógł mnie wykształcić, bo nie ma pleców i wszystkim da jednakowe wykształcenie według swych możliwości.

Po roku czasu bezowocnych rozmyślań przyjąłem jarzmo w warsztacie garncarskim. Zacząłem naukę od uprawiania gliny dwóm czeladnikom i ojcu. Była to specjalna taktyka ojca ażeby wyrobić chęć do wejścia na warsztat. Praca była mozolna i ciężka ponad moje siły. Początkowo nie mogłem nadążyć im stworzyć gliny, później miałem już zapas gliny i wchodziłem na warsztat próbując robić doniczki. Gdy stałem się specjalistą od zaprawiania i strugania gliny ojciec postawił innego człowieka na moje miejsce, a mnie wyćwiczył robić doniczki. Po kilku dniach dostałem nakaz robienia doniczek o numer większych. Po kilku miesiącach zająłem miejsce jednego czeladnika i zapoznawałem się z dalsza nauką. Zajmowałem się tez sprowadzaniem gliny i drzewa z pobliskich lasów. Wyroby nasze były robione tylko na zamówienie i rozprowadzane w okolicznych miasteczkach przez handlarzy żydowskich.

Po wyzwolinach, będąc w Suchedniowskim „Marywilu”, Tadeusz pracował jako jedyny garncarz toczący naczynia na kole garncarskim – specjalnie dla niego zmontowanym. Poznał wtedy tajemnice wyrabiania tworzywa i wypalania kamionki. Tworzył tam wszystkie formy ceramiki ludowej swego ośrodka, zapoznając kierownictwo fabryki z ludowymi sposobami przyrządzania i barwienia szkliwa.

Spodobały się moje wyroby i zarządzali ode mnie sprowadzenia polew garncarskich. Po sprowadzeniu próbek na wszystkie kolory, kierownik fabryki Piotrowski wezwał mnie do siebie. Proponował mi robienie garnków zwykłych z polewą ołowiową za wysokie wynagrodzenie. Z powodu ożenku mojego brata Fryderyka, ojciec zawezwał mnie z powrotem do domu z powodu ożenku mojego brata Fryderyka. Zajmowałem się wtedy wyłącznie sprzedażą garnków. Przy tym zapoznałem się z Bogumiłą Smolik i w 1942 roku ożeniłem się. Dwa miesiące po moim ślubie zmarł mój ojciec zostawiając na mojej głowie warsztat i matkę z młodszym rodzeństwem.

Po śmierci ojca Tadeusz prowadził warsztat wraz z bratem Fryderykiem, ucząc jednocześnie garncarstwa najmłodszego brata Kazimierza.

Po roku zrobiliśmy własną spółkę we troje: matka, Fryderyk i ja. Wyroby nasze wyprzedają nasze żony po targach, bo żydów już nie było. Byliśmy kilka razy obrabowani przez bandytów. W 1944 nad Wisłę zbliża się front. Nasze magazyny z garnkami w Tarłowie zostają rozbite przez bomby, a garnki z magazynów w Lipsku zostały wywiezione przez Niemców i wysprzedane po wsiach za nabiał. Nastaje nędza. Brukiew przyrządzamy na kolacje. 1 września 1944 na świat przybywa mi córka Elżbieta. W 1945 roku powołany zostaję do wojska polskiego. Po dwóch tygodniach wrócony zostaję do domu jako rzemieślnik. W tym czasie, jak po każdej wojnie, garnki były rozłapywane na pobliskich rynkach. Dlatego musiałem zatrudnić do pomocy aż trzech czeladników. Przez trzy lata zajmuję się wyłącznie glazurowaniem, wypałem i sprzedażą garnków. W 1947 roku buduję dom własny wyczerpując się umysłowo i fizycznie.

Tadeusz Bąbel przy pracy | 1960 | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3170/7-8

Własną pracownię Tadeusz zaczął prowadzić od 1948 roku, po uprzednim przekazaniu warsztatu ojca Kazimierzowi. W tym samym roku zatruł się ołowiem (choroba zawodowa garncarzy).

Jestem zatruty ołowiem do tego stopnia, że nie mogę zjeść jednego jajka na obiad. Lekarz zalecił mi całkowite porzucenie dotychczasowej pracy. Zaznaczam, że do tej pory glazurowałem garnki suchą polewa ołowianą tzn. siatkowałem – tak jak robili to wszyscy w naszej okolicy. W tym czasie stosowałem polewę ze spalonych akumulatorów samochodowych, którą do dziś czasami używam jako najtańszą, bo akumulatory zbieram na śmietnikach, jak żebrak przedwojenny zbierający odpadki. Po dojściu do zdrowia zacząłem robić garnki oblewane mokrą polewą na bazie krochmalu.

Tadeusz jest mistrzem w toczeniu dużych form, a także bez najmniejszych trudności wykonuje miniatury naczyń jako zabawki. Od przeszło 15. lat na wielu wystawach i konkursach dla ceramików, Tadeusz Bąbel otrzymuje nagrody, a jedynym konkurentem w tej dziedzinie garncarstwa jest dla niego jego brat Fryderyk. W 1950 roku, kiedy Fryderyk wykonał dzban na wystawę przeszło 150 cm wysokości – Tadeusz wytoczył naczynie identycznych rozmiarów, z tą tylko różnicą, że pracowiciej je ozdobił.

Od założenia w 1950 roku Spółdzielni „Chałupnik” – Tadeusz Bąbel jest jej członkiem i dzięki temu jego wyroby są eksportowane do Danii, Szwecji, Belgii, Kanady i USA, a na rynku krajowym są cenione jako przedmioty dekoracyjne wnętrz.

Tadeusz, mimo stosunkowo młodego wieku, już od trzydziestu lat siedzi za kołem garncarskim. Chociaż bardzo często zamawiano u niego różne przedmioty i naczynia o wymyślnych kształtach, mające więcej wspólnych cech z wyrobami fabrycznymi, niż ludowymi formami garncarskimi, to jednak zawsze powracał do swoich ulubionych kształtów i form charakteryzujących ośrodek – Kąty Denkowskie.

Tak samo i zdobnictwo Tadeusza Bąbla pozostaje wierne tradycjom tego ośrodka. Jest ono jakby dalszym ciągiem kształtowania formy, a powstawanie wątków zdobniczych oparte jest na rotacji koła, które umożliwia łatwe wykonywanie poziomych ornamentów pasowych, żłobionych na powierzchni naczynia nożykiem garncarskim lub malowanych rudą, czy też pobiałką. Bąbel w swoim zdobnictwie najchętniej stosuje łączenie obydwu tych technik, to znaczy: na malowanym pasie żłobi linie proste, faliste i przerywane oraz jodełki. Jedynym obcym dla ośrodka elementem występującym w zdobnictwie Bąbla jest malowanie pasów „pobiałką”. Zostało to przez niego wprowadzone w wyniku skonkretyzowanych zamówień Cepelii, wbrew istniejącej tu prastarej tradycji.

Bogumiła

Od 1948 roku, t.j. od czasu, kiedy Tadeusz Bąbel zatruł się ołowiem, stałą pomocą w warsztacie jest jego żona Bogumiła, urodzona w 1923 roku. Bogumiła Bąbel nie pochodzi z garncarskiej rodziny. Ojciec jej był leśniczym w miejscowych lasach, a chęć poznania sztuki toczenia naczyń zrodziła się w niej w tym czasie, kiedy jeszcze będąc podlotkiem zobaczyła swego obecnego męża, toczącego naczynia w warsztacie Franciszka Olendra. Dziś sama nie wie co jej się wtedy bardziej podobało, czy obecny mąż, czy też toczenie naczyń.

Bogumiła Bąbel na dobre poznała garncarską robotę w okresie zawodowej choroby męża. Toczone przez nią miniaturowe naczynia były niejednokrotnie eksponatami na Wystawach Ceramiki Ludowej, za co przyznano jej kilka nagród, a że prace jej zawsze wyróżniały się estetycznym wykonaniem i były poszukiwane, w końcu 1956 roku Bogumiła Bąbel stała się członkiem Spółdzielni „Chałupnik w Iłży. W pierwszym okresie zajmowała się ona niemal wyłącznie wyrabianiem małych dzbanuszków, miseczek, dwojaczków i garnuszków, powtarzając formy i tradycyjne zdobnictwo pasowe, charakterystyczne dla Kątów Denkowskich. Potem zaczęła wykonywać popielniczki, kubki z podstawkami, estetyczne karafki, „ tygielki” ( używane jako popielniczki) i „dziżki”.

Na wykonywane przez nią przedmioty ma tyle zamówień, że z trudnością wykonuje je w narzucanych terminach. Zasadniczo dziś Bogumiła Bąbel w twórczości swej oderwała się już od tradycyjnych form ośrodka – pozostawiła to swemu mężowi – sama natomiast poszukuje wciąż nowych kształtów i nowego zastosowania użytkowego dla toczonych przez nią przedmiotów. Robi wiele prób komponując nowe formy, ale niestety… ubolewa tylko, ze wyniki jej poszukiwań są najczęściej oceniane z punktu widzenia etnograficznego, a nie artystycznego. Mimo to nie upada na duchu.

Justysia

Zjawiskiem wręcz niespotykanym jest w tej garncarskiej rodzinie córka Tadeusza – Justysia. Była już trzykrotnie nagradzana za lepione przez siebie figurki: w 1961 roku – Nagroda Ministerstwa Kultury i Sztuki, w 1962 roku na Wojewódzkiej Wystawie Ceramiki w Iłży, w 1964 roku w Ostrowcu.

Kiedy jej starsze rodzeństwo było w szkole, pozostawała z rodzicami w warsztacie i tam bawiąc się gliną, zaczęła lepić postacie ze świata swojej wyobraźni. Figurki te wzbudziły zainteresowanie starszych, kiedy Justysia miała zaledwie 5 lat. Nazywała je wówczas „Fipkami”. Były to postacie ludzkie w różnych ujęciach, o jej tylko wiadomej formie, natomiast pełne rozbrajającego wyrazu, różnicowanego niepowtarzalnymi scharakteryzowaniami. Nie było to przypadkowe. Justysia przez kilka lat lepiła takie postacie oraz umiała nadać swym „Fipkom” taki wyraz jaki jej podpowiedziano lub też taki, jaki sama zamierzała nadać lepionej figurce.

Od 9 roku życia robi nie robi już „Fipków”, tylko „Maski”. Są to dojrzalsze niż „Fipki”, maszkarony, wielkości pięści dorosłego człowieka. Trudno już w nich doszukać się dziecinnych deformacji, a raczej można je traktować jako efekty zamierzone. Ostatnią jej „pracą” jest głowa żołnierza. Modelem tej „pracy” był żołnierz, przebywający w lipcu bieżącego roku, kilka dni u Bąblów, a co najdziwniejsze, jedenastoletnia dziewczynka poradziła sobie z uchwyceniem podobieństwa.

Fryderyk

Fryderyk Bąbel urodził się w 1917 roku.

Do lat sześciu nie robiłem nic, bawiąc się w domu. W latach 1923-1925 pasłem krowy, a w wieku ośmiu lat ojciec posłał mnie do szkoły w Częstocicach. Mieszkałem na kwaterze u cioci 10 km od domu. Do szkoły w Denkowie przyjąć mnie nie chcieli, nie chodził tam też nikt od nas ze wsi. Do drugiej klasy chodziłem do Sudół, a do trzeciej poszedłem wraz z całą gromada dzieci do Denkowa. Był rok 1927 i nastało przymusowe nauczanie dzieci.

Rzemiosło garncarskie poznał u swego ojca – Mikołaja – terminując od 1933 roku w tym dobrze prosperującym warsztacie, gdzie wyrabiano głównie naczynia użytkowe o specyficznym przeznaczeniu : „polewanice” (dużych rozmiarów garnki – około 30 litrowych, służące do zalewania bielizny ługiem) , „dziżki pachciarskie” z pokrywami, duże doniczki, dzbany i misy.

Przychodząc ze szkoły pomagałem ojcu w suszeniu garnków i podawałem je do pieca. Pomagałem też matce bawić młodsze rodzeństwo. Było nas pięcioro: Tadeusz, Jadwiga, Henryka, Kazimierz i ja. Kiedy skończyłem sześć oddziałów szkoły powszechnej. Na oddział siódmy było nas za mało, bo tylko czternaścioro dzieci, więc koledzy i koleżanki poszły do siódmej klasy w Bodzentynie. Ja zaś mając dwóję z języka francuskiego nie poszedłem do Bodzentyna, bo  wstydziłem się, żeby mnie nauczyciel nie nazywał osłem. Przestałem chodzić do szkoły w 1931 roku. Ojciec kupił konia i zacząłem furmanienie. Przewożę garnki do kupców z którymi ojciec handluje.

Garnki kupują Żydzi w Iwaniskach (Chana Wejgman), w Klimontowie (Mortka Sederman), w Tarłowie (Icek Apelbaum, Abraham Jekowicz i Joska Grynszpan) i w Lipsku (Abraham Rosenberg). W Siennie i Ostrowcu z nadwyżką naszych wyrobów stoi matka na targach, gdzie również ją zawoziłem. Konia miałem takiego, że przed każdym miastem mi ustał i nie mogłem wjechać. Wyjeżdżało się najczęściej na noc, żeby być rano na targu. Jednego razu wyjechałem z furą garnków o dziesiątej wieczór w niedzielę do Chany Wejgman z Iwanisk. O jedenastej zaczął padać deszcz. Było to w październiku i lał całą noc, i cały dzień. Przyjechałem do Iwanisk umoknięty i ledwie żyw. Chana Wejgman chce mi płacić pół pieniędzy, bo niby towar jest mały. Rozstawiłem towar na rynku. Lecz nie było targu z powodu deszczu. O godzinie trzeciej po popołudniu utargowałem 14 groszy namawiając kobietę żeby kupiła  pięciolitrową doniczkę. Kupiłem pół kilograma chleba. Stanąłem pod balkonem, smakował jak małpie czekolada. Później pakuję garnki na furę i muszę wracać 33 km do domu. Widząc to Chana Wejgman przyjrzała się garnkom raz jeszcze i zapłaciła za nie według rachunku wystawionego przez ojca i z pieniędzmi wróciłem do domu. Było to w 1932 roku.

Fryderyk Bąbel | 1960 | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3170/19

Po roku przerwy i po takiej szkole życia, poszedłem znowu do szkoły w Denkowie. Wtedy nabrałem chęci do nauki. Swych kolegów dognałem w marcu i zdałem egzamin z dobrym wynikiem. Chciałem  uczyć się dalej, ale ojciec się sprzeciwił, bo był chory od kilku lat na katar żołądka, a wtedy czuł się szczególnie gorzej. W krótkiej rozmowie powiedział mi, że może umrzeć, a w domu jest matka oraz czworo drobnych dzieci (mających 2, 5, 7 i 12 lat) i nie będzie miał kto ich dochować, i mnie łożyć na szkołę. I tak się stało. Zacząłem termin w czerwcu 1933 roku, a w grudniu robiłem już 6 litrowe garnki. Ojciec w tym czasie był na kuracji w warszawskim Szpitalu Ewangelickim, gdzie zdrowie znacznie podreperował. Ale mimo to spijał po 7 proszków „z kogutkiem” (przeciwbólowy lek Migreno-Nervosin) i ćwierć kilograma sody dziennie.

Kataru żołądka ojciec nabył będąc jeszcze kawalerem. Pracował za czeladnika w Rędocinie u Rokity. Przyszedł z kawalerki, i będąc głodnym, zjadł kapusty z lodem (było to pora zimową), a potem nakrywszy się kapota poszedł spać. Od tamtego czasu był chory na żołądek.

W 1937 roku kupiłem sobie nowy rower. Jeździłem na nim po skończonej pracy do sąsiednich wiosek na kawalerkę. 27 sierpnia 1937 roku pojechałem na rowerze aż do Warszawy. W tym czasie zapoznałem panienkę z sąsiedniej wioski, Michalinę Religę ze wsi Koszary (którą 27 października 1940 roku poślubiłem).

Pracując razem z ojcem, a później młodszym bratem Tadeuszem, wyrabialiśmy dosyć dużo garnków, ale nie było na tyle zbytu. By nasze wyroby miały lepszy zbyt, ojciec starał się nasze garnki zdobić.

Dzięki ojcu Fryderyk Bąbel miał możność poznać  wszystkie sposoby wykonywania dużych form i logicznego ich zdobienia według starych wymogów odbiorców. Samodzielny warsztat zaczął on prowadzić w 1941 roku w Kątach Denkowskich – w rok później złożył egzamin rzemieślniczy w Częstochowie, poczem jeszcze przez dwa lata prowadził swój warsztat.

W 1944 roku przestałem robić garnki, bo przybliżył się front. U nas na Katach zakwaterowało wojsko niemieckie i pędziło nas ono do budowy okopów. 17 stycznia 1945 roku wyzwoliła nas armia radziecka. Zacząłem handlować surowcem tytoniowym. Nie miałem pieca, bo rozebrali go Niemcy i zabrali deski, na których stawiało się garnki. Handel tytoniem prowadziłem do 22 czerwca 1945 roku, kiedy to pojechałem do Oleśnicy pod Wrocławiem. Tam założyłem sklepik spożywczy i prowadziłem go przez 4 miesiące.

W październiku 1945 roku Fryderyk wrócił do warsztatu nie żyjącego już ojca, który prowadzili jego bracia – Tadeusz i Kazimierz.

Fryderyk Bąbel przy pracy | 1960 | fot. Piotr Gan | syg. Arch. PME N. 3170/11 i 18

Nie mając własnej pracowni w Kątach, Fryderyk sprzedał swoją część gospodarstwa i przeniósł się do pobliskich Koszar, gdzie założył nowy warsztat. Po roku samodzielnej pracy w Koszarach wystawia swoje prace w Kielcach, na wojewódzkiej wystawie i otrzymuje tu pierwszą w swoim życiu nagrodę „za całokształt prac”. Były to przeważnie dzbany biskwitowe i polewane – wszystkie ozdobione zaniechanymi przez innych garncarzy technikami. W następnych latach żadna wystawa sztuki ludowej, na której była eksponowana ceramika, nie odbywała się bez jego wyrobów, zwracających na siebie uwagę tradycyjnymi formami i logicznymi rozmieszczeniem poziomych wątków zdobniczych, podkreślających poszczególne człony form.

Najbardziej ulubionymi formami Fryderyka Bąbla są dużych rozmiarów dzbany i baniaki (są to naczynia identyczne – różnią się tylko tym, że dzban na dzióbek i górną część ucha doklejoną na szyjce nieco niżej w krawędzi wylewowej, a „baniak” jest bez dzióbka i ucho w nim dokleja się wyżej, na samej krawędzi wylewowej). Zdobione są one przeważnie różnego rodzaju układami, malowanych rudą lub tlenkiem manganu, poziomych ornamentów pasowych, składających się z linii falistych, prostych, jodełek itp., biegnących wokół naczynia. Przy stosowaniu barwionych polew Bąbel umiejętnie dobiera kolor gliny, celem uzyskania zamierzonych efektów kolorystycznych na zasadzie przenikania. Niektóre formy jego naczyń szkliwionych (polewanych), są uprzednio ozdabiane rytowanymi układami ornamentów linijnych, podobnie jak i przy malowaniu pasów rudą.

Z chwilą powstania w Iłży Spółdzielni „Chałupnik”, w 1950 roku Fryderyk Bąbel został jej członkiem. Jego wyroby były eksportowane za pośrednictwem Cepelii do: Belgii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Węgier, ZSRR, a także cieszą się dotąd wielkim uznaniem w kraju.

Bąbel przekazując swoje wiadomości, przygotował do zawodu garncarza kilkunastu uczniów. Posiada on duże zdolności pedagogiczne, czego dowodem jest fakt, że w 1953 roku jego uczeń – Czesław Jeż, tak jak i jego mistrz, otrzymał pierwszą nagrodę w ogólnowojewódzkim Konkursie Ceramicznym.

Tekst powstał na postawie tekstów Piotra Gana oraz Tadeusza i Fryderyka Bablów – syg. Arch. PME SP. G. 2/24-26 (145-189) zredagowanych przez Łukasza Rysiaka i Piotra Baczewskiego. Tekst i fotografia autorstwa Piotra Gana pochodzą ze zbiorów Archiwum Naukowego PME, które zostały udostępnione za zgodą Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.

Share This