Stanisław Idziak

Kroczów Mniejszy | 45 km na południowy-wschód od Radomia
tekst autorstwa Piotra Baczewskiego z 2019 roku
kapela Antoniego Idziaka | lata 70. XX w. | fot. Danuta Naugolnyk

Umiem grać i na organach, i na skrzypcach, jednak najlepiej lubię akordeon. Mój ojciec Antoni był skrzypkiem. Matki ojciec też pięknie na skrzypcach grał. Moja matka pochodzi z Winiarskich, a to była bardzo muzykalna rodzina.

Już w szkole podstawowej miałem organkę. Organkę i jeden zeszyt. Miałem pamięć. Dobrze się uczyłem.

Gry na akordeonie uczyłem się sam, potem melodie pokazywał mi ojciec. Po sześciu tygodniach nauki gry na akordeonie zagrałem na weselu w Kroczowie. Polki, oberki szły. Był kwiecień, wszyscy bawili się na podwórku. Cieplutko było. Potem już robili wesela w lokalach. Tydzień potem graliśmy w Wilczym ługu, nieopodal. Żenił się mój kuzyn. Mróz i śnieg już był.

Potem trafiłem do szkoły muzycznej w Zwoleniu. Pięcioletniej. Chodziłem trzy lata, nawet nie całe. „Po co masz tu przychodzić, skoro grasz lepiej od innych” powiedział mój profesor i wypisał mi końcowe świadectwo. Takich zdolnych było tylko nas dwóch, a chodziło nas tam może z 15 osób.

Jak słucham tych co teraz graja, to myślę sobie, że to nie jest żadne granie. Jak myśmy zagrali to ho, ho, ho… Na basach oberki grałem, a druga ręką trzymałem szklankę z winem. Co niedziela żeśmy zabawy grali. Lepiej na nich zarabialiśmy niż na weselach. Kończyły się przewaznie o drugiej w nocy, a wesela trzeba było grać aż do południa następnego dnia! Dawniej było inaczej. Dziś remiza pusta stoi. Ni zabawy, ni dyskoteki. A kiedyś? Nie było soboty i niedzieli bez wesela. Niektórzy nawet na tygodniu je robili.

Gdy zmarł mój ojciec miałem 33 lata. Zostałem z matką i gospodarzyłem. Mieliśmy krowy i świnie. Gdy jechałem na wesele trzeba było kogoś najmować do pomocy. Potem zmarła matka. Przed śmiercią mówiła bym nie trzymał po niej żałoby i grał, ale nie dało rady. Była gospodarka. Rzuciłem granie. Miałem 48 lat.

Mogłem grać do tej pory. Teraz zarobek na tym jest. Kiedyś w sumie też był. Nasz saksofonista z Radomia z grania piętrową chałupę sobie postawił. Z garażem. Od ustnika miał wyrobiony półksiężyc na zębach. Tyle grał.

Z uszkodzonym akordeonami jeździłem do Dęblina. Tam robili i stroili harmonie. Na początku pociągiem z przesiadką w Garbatce, apotem już swoim motorem. Jędrych z synem był i Miazga. Nieraz było tak, że akordeon grał pół roku bez strojenia. Najgorzej było zimą. Wesele. W mieszkaniu ciepło. Wyszło się na podwórko, mróz. Głosy pękały. Przeważnie te cienkie. Nie dalo się grać. W Dęblinie musieli taki dobrać, żeby był identyko jak poprzedni. Gdy stal z którego zrobiony jest głos jest za twarda, pęknie. Jeśli jest za miękka, wywija się. Jędrych robił to na słuch, chociaż miał do tego maszynę. I tak wszystko się zgadzało.

Na początku na wesele jeździło się wozem. Mróz. Na kolanach ślizgawka się robiła. Potem dopiero pojawiły się auta. Kiedyś Jechaliśmy wozem zza Ciepielowa. Od Lipska. Moja ciotka, Abramczykowa, miała w Ciepielowie gospodę. Furman mówi by mu zagrać! Żeśmy ruszyli, przez wieś do samej gospody. Ludzi w parku pełno. W tej gospodzie to samo. Stawiali nam wszystko. Dawali po 50 złotych. Drugie wesele się tam odegrało. Wróciliśmy do domów późnym wieczorem.

Pamiętam jak graliśmy na weselu w Brzezinkach. Siedzieliśmy na stole. Zaczęły się oczepiny. Ludzi było jak nie wiem. Co towarzystwo przetańcowało koło tego stołu, to krzyczy do muzykantów i polewają nam wódki. Wypiło się po jednym, drugim kielichu. Coś tam się przegryzło, ale to trwało prawie godzinę. Ciągle nam polewali. Muzykanty się z spiły. Najpierw odpadł saksofonista, a potem bębnista. Ludzie i tak nie patrzyli czy trzech gra, czy dwóch, czy jeden. Na końcu zostałem sam. Po kilku kolejnych ja i skończyły się oczepiny. Ludzie nie mieli do nas za to pretensji, bo sami nas wódką częstowali.

Często na biedniejszym weselu często miało się wszystko. Dopiero się przyjechało, a już czekał na człowieka pełen stół. U bogatego stawiali często ćwiartkę wódki na pięciu i krzyczeli, żeby im grać! Czasami wiedzieliśmy, że nie najemy się tam gdzie będziemy grać, znało się ludzi. Niestety nie zawsze można było się wcześniej najeść. Wychodził człowiek prosto z roboty. Robił do wpół do trzeciej, pędził na autobus, przyjechał po godzinie, głodny jak nie wiem co, a tu nic! Idę pewnego razu do takiego bogatego gospodarza i mówię, że my to nie chcemy jeść bo się wcześniej najedliśmy, ale saksofonista głodny bo przyjechał prosto z roboty. Jak on będzie dmuchał w ten saksofon. Ten przyniósł nam dwa plasterki pasztetowej, dwa plasterki kiełbasy, dwa plasterki kaszanki i ćwiartkę wódki. Na pięciu. Kiedyś jak odjeżdżaliśmy z jednego wesela dały naszemu saksofoniście cały placek pod pachę i wałówę w reklamówę. Nie miał nawet jak nieść saksofonu. Ledwo się wpakował do auta. My mieliśmy cały pokrowiec od akordeonu, taki brezentowy, jedzenia. Jeszcze nam cztery flachy wódki dołożyli. I kolejny placek dla ojca. Mieliśmy grania co sobota i niedziela. To co nam dawali na weselach ciężko było przejeść przez cały tydzień.

Gan usłyszał na pierwszy raz w Czarnolesie, na przeglądzie kapel. Spisał sobie adres, umówiliśmy się w Kazanowie. W gospodzie na rogu, która teraz już jest zlikwidowana. Przyjechali. Od razu zawołali mnie do bufetu. Patrzą się na górną półkę. Jaką Pan będzie pił wódkę.? E tam, będę grał, a nie pił. Kielicha musi się Pan napić! Lepiej będzie muzyka szła. Najdroższa wódkę nam kupili! Poszliśmy do stolika, poprosił zagrychę. Pół litra żeśmy obalili, oni pomogli. Jeden tylko nie pił, bo kierował. Zapłacili nam za granie. Ojciec i ja dostaliśmy po 1000 zł. a bębnista 500 zł. i dostaliśmy jeszcze dwie flaszki na wynos. Puścili kable przez okno, stanęli w podwórku dalej, gramy! Ludzie się zbierają. Graliśmy w trójkę, bo Gan nie chciał saksofonu. Ojciec Antoni na skrzypcach, jego brat Stefan na bębnie i ja na akordeonie. Pięknie wyszło!

Od Wisły

tekst Piotra Gana

 

Na Powiślu Radomskim, między Zwoleniem, a Lipskiem gra się wiele melodii „Od Wisły”. Każdy wiejski skrzypek zna ich ogromną ilość. Miały tu one szerokie zastosowanie. Grało się je podczas drogi pary młodej do ślubu, kiedy jechała wozem do kościoła. Tańczono przy nich oberki, przerywane przyśpiewkami. Śpiewa się przy nich obrzędowe pieśni przy wydawaniu wianka i oczepinach. Przed laty, kiedy to było jeszcze w zwyczaju, kapela sprowadzała tymi melodiami zaproszonych na wesele gości. Gra się je przy każdej okazji. Na zabawach, chrzcinach, a nawet kiedy muzykanci chodzą z kolędnikami, czy przygrywają kusakowym przebierańcom. Stare to melodie, które na Powiślu grano zanim dotarły tam polki, walce, krakowiaki i cięte oberki.

Tekst autorstwa tekst autorstwa Piotra Baczewskiego powstał na podstawie wywiadu przeprowadzonego przez Piotra Baczewskiego oraz notatekPiotra Gana – syg. Arch. PME SP. G.16/15 (90-91) . Zdjęcia autorstwa Danuty Naugolnyk. Nagrania audio pochodzą z archiwum rodziny Idziaków.

Share This