Stanisław Stępniak

Radom
tekst Macieja Szajkowskiego z 1998 roku
kapela Stanisława Stępniaka | lata 80 XX w. | fot. Andrzej Bieńkowski

Stanisław Stępniak urodził się 31.07.1935 w Radzicach Małych. Od trzeciego miesiąca życia jest niewidomy. W sierpniu 1958 ożenił się ze Stanisławą Miklos, nauczycielką pracującą w tamtejszej szkole podstawowej. Zamieszkali w Paradyżu. Rok później przenieśli się do Wieniawy. Tam pan Stanisław zaczął pracować w Wiejskim Domu Kultury jako instruktor muzyki. W międzyczasie rozwiódł się i ponownie ożenił. W 1983 r. wraz z trzecią żoną, Janiną, zamieszkał w Radomiu.

Obdarzony absolutnym słuchem muzycznym, całe swoje życie poświęcił muzyce. Jego talent odkrył wuj Wrzosek, który grał dobrze na skrzypcach. Wracając pewnego dnia z wesela, wstąpił do siostry i tam grając, zauważył, że mały Jasio rytmicznie przygrywał na bębnie. Był to rok 1941. Namówił matkę Stanisława, żeby mu kupiła jakiś instrument. Najpierw były to organki, później fujarka. Na tych prostych instrumentach zaczął pięknie grać. Jego brat – Bronek zrobił mu z deski skrzypce. Na nich także bez żadnego trudu nauczył się grać. W 1944 r. ojciec kupił Stanisławowi harmonię, tzw. półtonówkę. Ten instrument opanował w ciągu jednego dnia. Później Stępniak dostał harmonię trzyrzędową, następnie ręczną – 80-cio basową. Od roku 1955 gra na akordeonach, obecnie firmy Horche.

Posiada fenomenalną pamięć. Bezbłędnie odtwarza utwory muzyczne z dzieciństwa. Jego zasługą jest zebranie przez Ośrodek Kultury ponad sto melodii mazurkowych z regionu opoczyńskiego. Mazurki te zapamiętał z dzieciństwa i młodości, grając na licznych weselach w opoczyńskim. Przez lata kilkanaście razy zmieniał się skład kapel pana Stanisława. Zawsze jednak odnosił liczne sukcesy. Obecnie jest kierownikiem artystycznym Zespołu Wieniawa.

„Pamiętam w czerwcu 1958r. „Nowa Wieś” zorganizowała w Kielcach „Ogólnopolski Konkurs Amatorskich Zespołów Artystycznych”, w tym osobną kategorię solistów-akordeonistów. Otrzymałem wtedy nagrodę specjalną, przyznaną przez ten, niegdyś, tygodnik. Było to radio „Wola” – sześciolampowe, ogromne, z klawiaturą. To było moje pierwsze radio na prąd, chociaż jeszcze w całych Radzicach nie było prądu. Wręczał mi je pan redaktor Stefan Jakobs, bardzo miły człowiek, którego, jeśli jeszcze żyje, chcę bardzo pozdrowić.

Kiedyś pisałem i wiersze. To znaczy ja dyktowałem, a ktoś mi je pisał. Napisałem taki wiersz, który podobał się, nawet był wydrukowany w „Nowej Wsi” p.t. „Historia własnego życia”. Skomponowałem też do niego melodię. Kiedyś nie było takich wierszy jak dzisiaj się pisze, nie wiadomo gdzie koniec, gdzie początek i gdzie rym. Redaktorowi Jakobsowi strasznie się to podobało i za miesiąc listonosz przyniósł mi przekaz. W 1957r. 1200 zł. nagrody to było ho-ho, całkiem… możliwie.

Najbardziej lubię grać muzykę klasyczną. Taką np. „Fugę d-moll” Bacha, „Marsza tureckiego”, „Eine kleine…” Mozarta, uwertury choćby „Lekką kawalerię”, to jest moja największa pasja obok folkloru. Czytam brajlowskie nuty i gram. Nagrywam też z radia muzykę, potem odtwarzam ją i jednocześnie dogrywam sobie z akordeonem, sprawdzając, czy nie popełniam błędów. Za którymś razem utwór jest przygotowany jak trzeba. Lubię pracować z akordeonem, czasami z saksofonem altowym, niekiedy pomagam sobie z syntezatorem. W sumie gram na dziewięciu instrumentach.

Najgorszy człowiek to jest próżniak. Niewidomy wcale nie jest nieszczęśliwy. To tylko u nas w Polsce się tak utarło. Czasami zapraszam gości do siebie do domu na takie kameralne koncerty. Wychodzą zachwyceni i zdziwieni, ze ludowy grajek gra taką różną muzykę. A tutaj przyjedzie amerykański byle gwiazdor, homoseksualista, albo inny, i nosi się go na rękach, a na swoje się sra. Taka jest prawda. Np. mój kolega prowadził przedsiębiorstwo dziewiarskie. Miał zatrudnione cztery kobiety i robił wszystkie rzeczy sezonowe – bereciki, czapeczki, sweterki, bluzeczki i inne. Jak to wszystko zaczęło upadać, narobił towaru na 600 milionów i nie mógł tego sprzedać. Zgłosił się do przyjaciela z branży i zapytał go co ma robić. Tamten powiedział – „Ja, Zdzisiu, załatwię, że ty to sprzedasz”. Sprowadził mu zachodnie metki. I w ciągu tygodnia Zdzisiu nie mógł nadążyć rozwozić tego do sklepów. Taki nasz Polak jest głupi. A przecież nasze rzeczy są o wiele lepsze od tych zachodnich. Polska kultura jest taka piękna….Brat mojego kolegi mieszka w Kanadzie. Przyjechał kiedyś do ojczyzny i wziął tam 200 kaset z polską muzyką ludową. Jak był tu niedawno, już kupił ich 5000. Mówił, że była taka kolejka, jak u nas w latach 80-tych za szynką. Nie doceniając naszej kultury tutaj, w Polsce sami się nie szanujemy i nikt nas tez nie będzie szanował.

Wesele harmonisty Jana Kędzierskiego, Stanisław Stępniak stoi z akordeonem po lewej stronie.
1963 rok | autor nieznany | www.archiwummuzykiwiejskiej.pl

Dzisiaj ludzie na wsi z wykształceniem muzycznym nie mają co robić, dlatego, że jest disco polo i inna głupota. Mój zespół, który kiedyś miał poumawiane wesela na pół roku, teraz nie ma gdzie grać, bo to skurwysyństwo zagłuszyło prawdziwą muzykę. Nie oszukujmy się, na syntezatorze nigdy nie osiągnie się wirtuozerii. nigdy nie przekaże się emocji, bo to jest automat. Jego się ustawia i on gra. To jest tak, jak – przepraszam – spać ze sztuczną kobietą.

Całe szczęście, ze są w kilku miastach młodzi ludzie, którzy garną się do muzyki ludowej i bardzo mi się to podoba, jak oni rozumieją jej istotę i znaczenie. Oby tylko nasza muzyka nie ostała się wyłącznie w dużych miastach”.

Stanisław Stępniak | lata 80. XX w. | fot. Andrzej Bieńkowski

Powiedzieć o Stanisławie Stępniaku „muzykant”, to tak, jakby o Michale Aniele rzec „malarz”, albo o boskim Orfeuszu palnąć „śpiewak”. Moc niezliczonych talentów jest zaklęta w jego duszy. Wystarczy, że raz tylko usłyszy gdzieś z oddali melodię, choćby najbardziej wyszukaną, nie tylko ją powtórzy, ale stworzy dzieło jedyne w swoim rodzaju. Z listka konwalii wydobędzie szum wiatru i śpiew ptaka, na skrzypcach lub klarnecie zagra „Wiosnę” mistrza Antoniego. Dowolny temat muzyczny przeobrazi w doskonałą symfonię, z jedynego instrumentu, piszczałki, klarnetu, lub harmonii gotów wydobyć całą orkiestrę dźwięków i melodycznych przestrzeni. Zdaje się poruszać wedle prawideł rytmiki, każdym swym ruchem pełnym subtelności, emanuje prastarą muzyką.

Nie chce wysłuchiwać wokół siebie litanii współczucia i litości. Obrusza się, gdy po raz kolejny ktoś o nim powie „biedny, niewidomy harmonista”, niby to solidaryzując się w poczuciu cierpienia, a tak naprawdę zapominając, że każdy ból jest potwierdzeniem naszej wyższej rangi. Nigdy nie użala się nad sobą. Swoim gorącym sercem dzieli się z innymi. Otwarty, serdeczny, dla każdego pełen ciepła i zrozumienia, potrafi obudzić miłość u ludzi o kamiennych sercach.

Dobry Bóg nigdy nie pozostawia człowieka samego z jego własnym bólem. Zawsze każdego obdarzy niezwykłym darem i błogosławieństwem. Człowiek musi tylko nauczyć się częściej zaglądać w głąb siebie, a tam na pewno dojrzy blask Stwórcy. Wydobyć go i chociaż trochę rozjaśnić nim świat – oto sens istnienia, ów kamień Filozofa.

Tekst autorstwa Macieja Szajkowskiego (Kapela ze Wsi Warszawa, R.U.T.A. i Lelek).

Fotografie cz-b przedstawiające Stanisława Stępniaka, autorstwa Andrzeja Bieńkowskiego, zostały udostępnione przez fundację Muzyka Odnaleziona.

Fotografia z wesela harmonisty Jana Kędzierskiego w tekście pochodzi z Archiwum Muzyki Wiejskiej prowadzonego przez fundację Muzyka Odnaleziona.

Share This