Zofia Kucharczyk

Gałki k. Rusinowa | 29 km na wschód od Opoczna
tekst powstał na podstawie wywiadów przeprowadzonych przez Piotra Baczewskiego w latach 2017-2019
Maria Pęzik i Zofia Kucharczyk | Gałki k. Rusinowa | 2015 | Piotr Baczewski

Jak dziewczyną byłam to gęsi pasałam. Może cztery lata miałam, to se pognałam te gęsi na wieczór pod las. Tam łubiny były, gęsi się nażarły, a ja tak śpiewałam, że ino się rozlegało. Nie bałam się żadnych strachów. Mój ojciec z tego się bardzo cieszył. Ino wołał: Chodźta zobaczyta, moja Zosia śpiewa!

Jak już takie dziewczyny byłyśmy to już my śpiewały na polu, ale nie pasło się nigdy długo, żeby w nocy śpiewać. Dawniej były takie mierniki, geodety. Przedtem się wołało mierniki. Jak komu chciały to zmierzyły mu pole dobrze. Jak pomierzyły źle, to po śmierci musiały te pole znów mierzyć, ale żeby ludzie tego nie widzieli, to latały po ciemku. Jak kiedyś dłużej popasłam krowy to zobaczyłam, że coś się błyszczy, a już wiedziałam o nich, więc z tymi krowami uciekłam. Nagnałam je do obory. Do domu wpadłam, a one po tej ścianie, po tej chałupie waliły. Był strach, więc później nie pasali tych krów długo. Tak było strasznie.

Zofia Kucharczyk - przyśpiewki śpiewane przy pasieniu

Przy drodze do Woli Gałeckiej stoi krzyż. Jak prowadzili umarłych, to przed tym krzyżem zawsze stawali. Tam było zmówione „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo” i ofiarowane za tego zmarłego. Na końcu dziękowało się tym ludziom, którzy odprowadzili zmarłego do tego krzyża i pomodlili się za niego. Niedaleko tego krzyża mieszkał wujo Sorek. U niego się wtedy wszystkie złodzieje przechowywały. Złodzieje wtedy były jak skurczybyki. W oborze nie było wolno konia trzymać luźno. W żelaznych pętach zapinanych na kluczyki go zapinano.

Mój dziadek, okropnie lubiał konie. Kupowali roczne źrebie. Robili mu z kartofli i otrąb takie duże piguły, kosówkę dawali i tak się utuczyło, że po roku wyglądało na pięć lat. Sprzedali je i kupili za nie dwa kolejne źrebięta. Pewnego dnia dziadek pojechał sprzedać źrebaka na targu w Odrzywole. Złodzieje podbijali jego cenę, by przytrzymać go do nocy. Dziadek wiedział, że to nie już przelewki i sprzedał źrebaka komu innemu. Pod wieczór wracali pieszo przez las, idąc odmawiali różaniec za dusze zmarłych. Na drugi dzień przyszedł do niego wujek Sorek i pyta, kto z moim dziadkiem szedł. Powiedział, że czekały na niego złodzieje, ale bały się wyjść bo zobaczyły idących z nim ludzi. To były dusze za które się modlił i go przez ten las przeprowadziły. Tak mówili.

Za wsią były okopy. Niemcy przygnali Rosjan do ich kopania. Mieszkały niedaleko nas. Miały nawet harmonistę. Grał jak nie wiem! Lataliśmy do nich, a oni śpiewali.

Muzykę to bardzo lubiałam. Taką dziewczyną byłam, to ino patrzałam, czy aby tam nie grają. Uciekłam, poleciałam, mama się darła na mnie: „Byś chociaż mi pomogła!” Bym nie jadła, nie spala, tylko żebym na tej muzyce albo weselu była. Roiliśmy się tam potem. Nikt nas nie wyganiał. W środku żeśmy se hulali. Jak byłam jeszcze dziewuszką to już hulać umiałam. Tych chłopaków tyle było na weselach. Hulałam z nimi. Moja matka mnie puszczała na hulanie, nie to co inne. Mojej koleżanki matka goniła ją do roboty.Krzyczała:

Masz tu którą wziąć, żeby nadarła pierza.

Stasia, koleżanka moja mówi:

Chodź zaniesiemy do obory krowie pić.

Poszłyśmy, a ona mi szepła:

Wynieś mi buty do sieni i włóż mi pierzy dartych do garczka.

My hulały, a pierze stały.

Mój brat nie umiał za to hulać, Chciałam go nauczyć w stodole. Choć zamkniemy się i będziemy tu hulać. Ajno. Druga moja koleżanka przyszła, mówię do niej: Staśka, chodź, to go nauczymy” Jak zaczęliśmy z nim hulać, zakręciło mu się w głowie, poszedł rzygać i więcej się nie rwał do hulania.

Zofia Kucharczyk - piosenka od mamy (fragment)

Moja mama to bardzo była tańcownica i śpiewaczka. Mój ojciec tak samo. Nasz sąsiad, rówiennik mojej mamy mówił, ze była to na całą wieś panna. I do hulania, i do śpiewania. Wszędzie i do wszystkiego. Moja prababcia, jak już była stara, to musiała wszystkie panie młode wyprowadzić do ślubu i od ślubu odśpiewać, a oczepiny były już na jej głowie. Umiała śpiewać bardzo! Żadnego wesela jej nie popuścili. Czy panna młoda była kuzynką, czy nie kuzynką. Ona tam musiała być. Chyba się wrodziłam w nią, tak mi się zdaje.

W adwencie musiały być codziennie prześpiewane godzinki. Musieliśmy, jako dzieci, śpiewać te godzinki. Rano o szóstej nas pozganiali z łóżków. Potem szliśmy znowu spać. Już mi się to uprzykrzało.

Przyszła Wigilia, to nie było jak teraz, że są choinki strojone. Jeździły takie z jedliną. Przywoziły ją z grabowskiego lasu w ładnych wiązeczkach, po 3-4 gałązki. Cały wóz drabiniasty nałamanych gałązek. Za każdą dawało się jajko albo złotówkę. Kto co miał. Wysprzedali zawsze wszystko do ździebka. Przystrajało się ta jedliną domy, przybijało goździkami, kładło na kapach. Do tego robiło się kwiatki z papieru. Często cały tydzień na to schodził. Na Boże Narodzenie bieliło się też chałupy wapnem. Musiały być wybielone, że aż nim pachniały.

Przyszła Wigilia, to taka była moda, że wszystko musiało być robione w tym dniu. Rano się nagotowało grzybów, kapusty, kaszy. Rzepakowym olejem się to krasiło. Potem się dodawało do tego cebuli, siekało i dopiero z tego robiło pierogi. Rozczyniało się też ciasto na pąki. Jak przyszła szósta godzina, to u każdego były pieczone. Piekło się tez chleb, ale wcześniej. Nie było tyle dań jak teraz tyle. Ino było nakrycie, siano było przyniesione, różowe opłatki dla bydła. Rano te opłatki zaniesło się krowom i każdej krowie dało się tego opłatka. I owcum też. Dawało się tym stworzeniom, co były przy Panu Jezusie w Betlejem.

Chłopy robiły jeszcze taką słomianą kopę, i wieszali na belkach nad izbą. Wisiała tam do poranka w Nowy Rok. Jak tylko oświtło, to jeden gwar był na polach, ale to wszędzie było słychać. Ludzie zanosili je na pola, gdzie rosło żyto i tam zostawiali. Czasami obstawiali kamieniami. Potem wrzeszczeli.

Na pole kopy! Do stodoły snopy!

Jeden jęk był.

Była taka moda, że na wieczór w Nowy Rok była gotowana porka. Całe stado dziewuch to robiło. Ziemniaki na nią ugniatało się tłuczkami. Potem tymi tłuczkami waliły w bramy i wołały:

Hop, hop, z której strony mój chłop?

Z której strony odezwało się do takiej echo, z tej przyszedł do niej chłop. Ponoć to była prawda.

W karnawale nie było niedzieli, żeby nie było wesela jednego. Tak się żenili. Na jesieni i w karnawale.

Dyngusiarze chodzili od niedzieli wielkanocnej, aż po Wielki Poniedziałek. Na wstępie wołali, Pochwalony Jezus Chrystus. Wtedy usłyszało się, że już są.

Zofia Kucharczyk - dyngusowe przyśpiewki

Jak było wesele to kobiety, dzieci i chłopy na wyprowadzinach słuchały jak śpiewały ludzie, jak młode szły od ślubu – to samo. Jak były znowu oczepiny to też nikogo nie brakowało. Mogły się trzymać trzy godziny, a stały i słuchały, czasami to i do domu weszły, żeby widziały. Taka była moda u nas.

Nie miałam żadnej tremy śpiewając pierwszy raz na weselu. W Gałkach nie było chyba takiej chałupy, w której bym nie śpiewała. Jak byłam młoda to byłam na przynajmniej trzydziestu weselach, a jak się ożeniłam to na siedemdziesięciu. Rodzinę my mieli długa, ale i koleżanki prosiły, i sąsiadki.

Piosenki to tu są prawie wszystkie układane. Ktoś to robił dawno, dawno, ale układał. Nie zjechały skądś. O Matce Boskiej Gidelskiej, o Matce Boskiej Studzieńskiej, o Matce Boskiej Salatyńskiej – to wszystko przecie układane. Na wesele też się układało piosenki. Sama to robiłam. Nawet mi płacili za to. Ci którzy mieli na wesele iść schodzili się razem i je układali.

Wesele Jadwigi Wlazło i Tadeusza Dziedzica | Gałki k. Rusinowa | 1958 | Archiwum Muzyki Wiejskiej

Zawsze były przed weselem trzy zapowiedzi. Najpierw do księdza poszły, mówiło się, że były „u pacierza. Wypytał się ich z katechizmu, czy umią, czy nie. Dopiero wtedy na te zapowiedzi zapisał. Były głoszone bez trzy niedziele w kościele z ambony. Kiedyś zawsze ksiądz mówił z ambony, teraz zawsze zostaje przy ontarzu. Teraz trzeba byłoby je poobrywać. Niektórzy mieli przy trzeciej zapowiedzi te wesele. Niektórzy odwlekali je, czy na miesiąc, czy na ile.

Starsza druhna usługiwała pannie młodej przy wszystkim. To była jej taka prawa ręka. Chodziła z nią zapraszać ludzi na wesele. Kiedyś nie było zaproszeń jak teraz. Do każdej chałupy trzeba było iść. Jak wesele było w niedzielę, to we wtorki prosiło się ludzi u siebie we wsi, a po obcych wsiach w poprzednią niedzielę.

Gdy zaczynało się wesele, to trzeba było rano lecieć i zwoływać ludzi ze swojej wsi. Żaden się nie ruszył, dopóki nie było muzykantów na weselnej chałupie. Dopiero jak ludzie przychodzili, to muzykanty wychodziły przed sień i dopiero grały na dzień dobry – czy był mróz, czy był nie mróz. Śpiewały druhny i kobiety, które umiały. Stare kobiety chodziły do młodej i wyprowadzały ją do ślubu. Nikt nie mówił: „Stara nie śpiewaj!”

Potem jeść dali ludziom, a na obcej chałupie ubierali do ślubu pannę młodą. Dopiero potem pan młody z muzykantami i starszym drużbą po nią poszli. Muzykanci zagrali im marsza, wyprowadzili z obcej na weselną chałupę, matka pani moldej pobłogosławiła ich i dopiero wtedy jechali do kościoła.

Moja mama i babcia opowiadały mi, ze dawniej wesela odbywały się w środy. W ten dzień do nieznamierowickiej karczmy zjeżdżali muzykanci. Był to drewniany budynek na górce. Dawano tam jedzenie i picie. Jak się zeszło kapel z kilku wesel, jak zaczęły się przegrywać, który zagra ładniej, to aż czasami się pobili na ostatku.

Jak muzykanty już czuły, że kończy się ślub, to przyszły przed kościół i czekały na parę młodą. Jak ta z kościoła wyszła, to szla na pieszo do Nieznamierowic. Śpiewanie, hulanie, muzykanty grały – przez całą drogę. Jak były wasągi, wsiadło się w nie, po piec-sześć druchnów i do samych Nieznamierowic śpiewały. Konie nie jechały żwawo, a przebierały nogami prawie w miejscu.

Po powrocie do chałupy, młodzi szli za stoły, najedli się. Hulanie było po chałupach. Jak młode wyszły, to przyszły stare i siedziały już ile chciały. O pierwszej albo drugiej w nocy podawali obiad. Po tym jedzeniu ludzie pohulali do czwartej i wszystko szło spać. W poniedziałek koło dziesiątej wszyscy znów schodzili się na wesele. Znowu dawali jedzenie – barszcz, wędlinę i zimne nogi. Potem wszyscy pohulali z 2 godziny i były oczepiny. Ciągły się z pięć godzin. W czasie oczepin każda druhna musiała zaśpiewać przy stole. Jak nie umiała, to się wstydziła jak nie wiem.

Zofia Kucharczyk - śpiewy oczepinowe - matka i corka

Kiedyś było wesele we wsi i to wesele było blisko nas. My na to wesele byli proszeni z ojcami. Wtedy odbywało się w środę. W same kopania, a kopało się wtedy motykami. Moje ojce poszły w pole, a mi kazali pilnować domu, bo byłam niezdatna do kopania. Młodzi pojechały do ślubu, przyjechały od ślubu, zjadły co miały zjeść, a u nas zrobilły potańcówkę! Otworzyli drzwi, otworzyli okna, powynosili z domu łóżka i zabawa była jak nie wiem! Z moją koleżanką stali my w kącie i śpiewali my. Jak moje ojce przyszły z pola i mówią: Bez naszej zgody jest u nas wesele, nie poszliśmy na nie!” Ludzie im na to: „To teraz już musicie!”

Były tam ojce tego muzykanta, co na tym weselu grał. Dali mu na tym wesleu wypić, to sobie wypił. Jak to muzykant. Raz, drugi raz i się opił. Doszedł do niego jego ojciec, jak mu w gębę strzelił! Ten z nerwów zszedł ze stołu na którym siedział, wyszedł do sini i walnął tak o ziemie skrzypcami, że je potłukł! Rozsypały się w drobny mak. I po weselu! Nie ma co! Mój ojciec zaczął wrzeszczeć na ojca tego muzykanta: Czemu żeście tak zrobili? By wytrzeźwiał i by grał. Teraz na czym zagracie? Nie było wtedy samochodów, tak jak teraz. Trzeba było kunia zaprzęgać, jechać do Nieznamierowic i pożyczyć skrzypiec. I dopiero to wesele nazad było.

Mój ojciec jeździł do Warszawy kuniem i sprzedawał tam jabłka. Po tym weselu mówi do tego muzykanta – Józiek, przyjdziesz ty do mnie, pomożesz, pomłócisz trochę, pomożesz mojej kobiecie, jak ja będę do tej Warszawy jeździł to Ci te skrzypce kupie. Tamten się zgodził i u nas służył. Jak przyszedł na śniadanie, mamunia go tam wołali, zjadł, a potem siadał na łóżku i grał. Łapałam go wtedy za plecy i hulałam na tym łóżku.

Ino tego nie lubiałam, gdy moja mama pytała co dziś ugotujem, a on wołał: Oj, Kietlińska, ino groch! Tylko ten groch by jadł i spał! Tak go lubiał! Jadł go ze wszystkim, ze śmietaną, cukrem, ze słoniną! Ze wszystkim go jadł. Nawet jak co innego jadł, to grochem musiał poprawić.

Do dziś lubię śpiewać, latać i hulać. Choć się zestarzałam. I chyba dopóki będę mogła to będę chodzić i śpiewać.

Tekst autorstwa Piotra Baczewskiego powstał na podstawie wywiadów z Zofią Kucharczyk przeprowadzonych Piotra Baczewskiego.

Share This